Spotkania: Natalia Przybysz

Krzyczy, że zapomniała o swoich piersiach i że potrzebuje więcej prawdy w swoich pieśniach – wszystko to na najnowszej płycie. UTWORY NAPISAŁA PO WYJŚCIU Z TERAPII. Natalia Przybysz już nie przypomina łysej nastolatki z Sistars. Mama, partnerka, a przede wszystkim wokalistka opowiada o miłości i o tym, dlaczego wierzy w czyściec.

fot. Marta Wojtal

reklama

Skąd ta smutna mina?

Jak się rozluźnię, to jestem smutna. Wydaje mi się zresztą, że to naturalny stan rzeczy, ten niebieski kolor schowany pod sercem. Przemijanie, choroby, śmierć, sam przecież wiesz.

I to ci przychodzi do głowy, gdy się rozluźniasz?

Raczej gdy oczyszczam swój umysł. Dochodzę wtedy do punktu, w którym absolutnie wszystko wydaje się smutne. To nie jest złe doświadczenie, wystarczy się z nim pogodzić i robi się przyjemnie.

Jesteś pogodzona?

Bywam, od czasu do czasu. Potem budzę się w środku kolejnej szarpaniny i okazuje się, że wcale nie jestem ze sobą pogodzona albo że nie jestem pogodzona z kimś obok mnie. Ale nie ma nic złego w smutku, on się na przykład pojawia zupełnie naturalnie, gdy kończę koncert, czyli przygodę swoistego zatracenia, nagle jestem wytrącona z drogi. A lubię iść.

Więcej w Zwierciadle 07/2015. Kup teraz!

Zwierciadło także w wersji elektronicznej

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »