Spotkania: Wojciech Młynarski i Michał Bajor

fot. Rafał Masłow

Znają się od 40 lat, przyjaźnią od kilku. Jeden spokojny, introwertyczny, pisze błyskotliwe teksty na miarę. Drugi radosny, pełen ekspresji, potrafi je charyzmatycznie wyśpiewać. „sztuka zabiera ludzi w inną rzeczywistość i optykę. I to jest najważniejsze jej zadanie” – jednogłośnie twierdzą Wojciech Młynarski i Michał Bajor.

Fot. Rafał Masłow
Fot. Rafał Masłow

reklama

Muszę panom coś wyznać…

Wojciech Młynarski: Co się stało?

Mam straszną tremę.

W.M.: Dlaczego?

Boję się, że zaczniecie przepytywać mnie z tekstów piosenek, których nie pamiętam, albo historii starożytnego Rzymu. Czy uniosę dwie takie osobowości jak wy, panowie?

W.M.: Bez przesady… Myślę, że pani trema to po prostu trema mobilizująca. Czyli dobra.

I nie zdążyłam pomalować paznokci, a wy to na pewno zobaczycie.

W.M.: Dla mnie ważny jest przede wszystkim, że tak się wyrażę, intelekt i jeden z jego składników, którym jest poczucie humoru. A jeśli przy okazji wygląd zewnętrzny jest estetyczny, to nic nie szkodzi [śmiech]. Nie zawadza.

Skoro tak, porozmawiajmy o miłości, tym bardziej że pojawia się ona w każdej piosence na płycie „Moja miłość”. Możliwe jest życie bez miłości?

W.M: Nie, no skąd! Miłość być po prostu musi. Również w piosenkach, czego dowodem jest twórczość choćby Édith Piaf czy Charles’a Aznavoura. Na płycie „Moja miłość” też są piosenki liryczne, biorące się ze zwykłych obserwacji życia, które autor – czyli ja – podchwycił i sportretował.

Więcej w Zwierciadle 11/2015. Kup teraz!

Zwierciadło także w wersji elektronicznej

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »