Tomasz Stańko inny

fot. Jacek Poremba

Nie czuję się Polakiem ani Żydem, tylko sobą z imienia i nazwiska. Nie dlatego, że jest znane. Cenię odrębność. Istnienie poszczególne, jak mówił Witkacy.

fot. Jacek Poremba

reklama

Tomasz Stańko, laureat Nagrody Specjalnej tegorocznych Kryształowych Zwierciadeł, przyznawanej ludziom dialogu, którzy swoją działalnością i twórczością łączą, a nie dzielą. Jego muzyka przyciąga pokolenia, a on sam grupuje wirtuozów z różnych stron świata, wpływy ich kultur, różne światy dźwięków. A przede wszystkim gra oparty na improwizowaniu free jazz, który jest nieustannym dialogiem.

Lubi pan dialog?

Lubię porozmawiać, jak na przykład teraz. Od operacji kręgosłupa siedzę tu w domu i już mam dość, nudzę się.

Jest pan człowiekiem dialogu?

Oj, nie bardzo. Wolę stawiać na swoim. Dlatego znów jestem samotnym wilkiem. Ostatnia narzeczona rzuciła mnie i miała rację. Tak! Bo ja jestem nie do wytrzymania. Nie chciałem mieszkać razem ani się ożenić.

W domu rodzinnym jak się rozmawiało? W domu inteligenckim – ojciec był prawnikiem, mama – pedagogiem.

To była inteligencja w pierwszym pokoleniu. Rodzice zarówno matki, jak i ojca należeli do ludzi prostych. Moi rodzice kształcili się przed wojną, ale ojciec aplikację zrobił dopiero po wojnie. To był typowy dom komunistycznej inteligencji. Żyło się biednie, każdy pracował, nie zwracało się wielkiej uwagi na rozmowy. Ojciec nie był towarzyski, co zresztą mam po nim. Rzadko zdarzały się przyjęcia. Byliśmy zamknięci w sobie. I taki jestem ja, i moja siostra. Tylko wujek nadrabiał, ten to był kobieciarz! Czego nie mogę powiedzieć o sobie.

Więcej w wydaniu 7/ 2017, dostępnym także w wersji elektronicznej

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »