Historia pomarańczowej skórki

fotochannels.com

Moda na wygładzające ciało kremy i zabiegi nie jest wcale najświeższej daty. Z cellulitem kolejne pokolenia kobiet walczą od prawie stu lat.

reklama

Francuzi wymyślili nie tylko szampana i foie gras, ale również termin „cellulit”. Po raz pierwszy słowa tego użyto już w roku 1873 we francuskim „Słowniku medycyny” opracowanym przez panów Littrégo i Robina dla określenia zapalenia tkanek. Nazwą „cellulit” w dzisiejszym rozumieniu posłużył się w 1924 roku doktor Louis Alquier. W raporcie dla paryskiego Towarzystwa Lekarskiego mówił o grudkach, które można zobaczyć i wyczuć po uszczypnięciu fałdu skórnego. Mniej więcej od tego czasu zapanowała moda na antycellulitowe specyfiki i zabiegi. Trwa ona do dzisiaj i nic nie zapowiada, by miała się prędko skończyć. Z pewnym zdziwieniem odkryłam jednak, że już w latach międzywojennych opracowywano ujędrniające ćwiczenia, masaże, stosowano zawijanie ciała, urządzenia na prądy stałe i zmienne oraz systemy masujących wałków do domowego użytku. Czyli właściwie wszystko to, z czego możemy skorzystać i dzisiaj – oczywiście w dużo bardziej wyrafinowanej i zaawansowanej technologicznie wersji.

W 1930 roku w Instytucie Guerlaina w Paryżu kilka pomieszczeń przeznaczono wyłącznie na zabiegi likwidujące znienawidzoną powszechnie „pomarańczową skórkę”. Obsesja odchudzania i ujędrniania ciała przenosiła się z pokolenia na pokolenie, a cellulit odkrywano w coraz to nowych miejscach kobiecego ciała – było ich tym więcej, im krótsze stawały się sukienki i im bardziej skąpe były kostiumy kąpielowe.

W kobiecej naturze

Między innymi dzięki cellulitowi udało się naszemu gatunkowi przetrwać w ciężkich czasach – na opinię taką natrafiłam, szukając materiałów do tego artykułu. Dużo bardziej rozbudowana niż u mężczyzn tkanka tłuszczowa w kobiecym organizmie stanowi bowiem zapas energii do wykorzystania w czasie ciąży czy karmienia piersią. To oczywiście duże uproszczenie, bo – jak mówi dr n. med. Anna Pura-Rynasiewicz, specjalista dermatolog – cellulit to nie to samo, comagazynowanie w komórkach tłuszczu, chociaż z reguły towarzyszy mu miejscowy przerost tkanki tłuszczowej. Prawdą jest jednak, że na „pomarańczową skórkę” skarżą się tylko kobiety. Dlaczego? – To stan wynikający z innej niż u mężczyzn budowy podskórnej tkanki tłuszczowej – wyjaśnia Anna Pura-Rynasiewicz.

– U kobiet przegrody podskórnej tkanki tłuszczowej przebiegają bardziej pionowo, a „zraziki” tłuszczu są szersze i wgłębiają się bardziej w skórę, przez co jej powierzchnia staje się nieregularna. Dlatego walka z cellulitem jest w pewnej mierze walką z własną anatomią.

To, że kobiety mają naturalną skłonność do cellulitu, nie oznacza oczywiście, że nie będą chciały się go pozbyć. Zanim jednak nie zaczęłam głębiej badać tematu, nie zdawałam sobie sprawy z tego, jak długą zmagania te mają tradycję.

Odchudzanie ideału

Koniec XIX wieku to epoka, kiedy po raz kolejny zmienił się kanon kobiecego piękna. Zaczęły znikać wypychające suknie tiurniury i pufy, a zamiast przypominających balon spódnic pojawiły się ubrania bliżej ciała. Kobieca sylwetka, która dotąd przypominała kielich kwiatu, coraz bardziej upodabniała się do jego łodygi. Bardziej widoczny stawał się też kształt (i rozmiar) bioder i ud. Ciasne stroje przysporzyły zmartwień tęższym paniom. W odpowiedzi na ich oczekiwania pojawił się nowy rodzaj gorsetu – dłuższy i lepiej modelujący linię bioder i ud. Był bardzo popularny. W 1900 roku tylko we Francji wyprodukowano sześć milionów gorsetów. Ich kariera zbliżała się jednak ku końcowi, a rolę trzymającego ciało w ryzach pancerza miały przejąć wyćwiczone mięśnie.

Od lat 80. XIX wieku w wielu europejskich krajach wprowadzono do szkół zajęcia gimnastyczne, pojawiła się też moda na ćwiczenia i produkty odchudzające. Rozpowszechnienie tych ostatnich ułatwiło pojawienie się wielkich domów towarowych i rozwój masowego rynku kosmetyków.

W latach 20. ubiegłego wieku powieść Victora Margueritte’a „Chłopczyca” sprzedała się w milionie egzemplarzy. Jej bohaterka – niezależna i wyzwolona obyczajowo – przyczyniła się do wylansowania nowego wzorca kobiecości. Zapanowała moda na smukłą sylwetkę, ostry makijaż i krótko obcięte włosy. Nic więc dziwnego, że właśnie w latach międzywojennych idealna kobieca sylwetka znacznie straciła na obwodach. Georges Vigarello w swojej książce poświęconej historii piękna przytacza francuski magazyn „Votre Beauté”. Zalecana przez pismo idealna waga dla pań o wzroście 160 cm to w 1929 roku 60 kg, w 1939 roku – już tylko 51,5 kg. Dwudziestolecie międzywojenne to nie tylko epoka wielkiego odchudzania. Powszechną i modną przypadłością stał się też wtedy cellulit. Co jednak dość zaskakujące, lokalizowano go głównie na kostkach nóg i na karku. Nie przez przypadek
– były to bowiem odkryte części kobiecego ciała.

Walka z wiatrakami?

Dzisiejsze specyfiki mające polepszać wygląd naszej skóry to już technologia prawie kosmiczna. Kosmetolodzy wciąż poszukują nowych sposobów na zmuszenie komórek tłuszczowych, by magazynowały mniej tłuszczów i więcej ich spalały. Dlatego część preparatów ma za zadanie blokować wchłanianie tłuszczów, inne wysyłają do komórek skóry enzymy przyspieszające metabolizm. Okazuje się jednak, że trzeba takich preparatów używać na okrągło.

– Stosowanie kremu może poprawić wygląd skóry i nieco zmniejszyć obwód ud – mówi Anna Pura-Rynasiewicz – nie da jednak trwałego efektu.

Produkty do nakładania na skórę to nie wszystko. Mamy też do dyspozycji suplementy diety i specjalistyczne zabiegi – od masaży i masek na ciało po ujędrniającą skórę nowoczesną aparaturę. Biostymulacja wykorzystuje działanie mikroprądów – czynią one skórę sprężystą i ćwiczą mięśnie, które straciły elastyczność. Przypominający nieco odkurzacz aparat do endermologii to system rolek zasysających fałdy skórne. Zabieg pomaga rozbić tkankę tłuszczową i pozbyć się obrzęków. Z kolei metoda LipoShock do przyspieszenia przemiany materii i likwidowania zastojów wody w tkankach wykorzystuje ultradźwięki.

Jedną ze skuteczniejszych metod zmniejszania podskórnej tkanki tłuszczowej jest lipoliza iniekcyjna. Polega ona na wstrzykiwaniu w odpowiednie miejsca rozbijającej komórki tłuszczu fosfatydylocholiny. To jednak zabieg dla zwolenniczek radykalnych rozwiązań. – Niewłaściwie wykonana lipoliza może być niebezpieczna – ostrzega dermatolog, dr n. med. Urszula Kozłowska.

Czy zatem walka z „pomarańczową skórką” w ogóle ma sens? – Na pewno warto zmagania z cellulitem potraktować jako element zdrowego stylu życia, czyli na przykład częściej ćwiczyć i zmodyfikować dietę – radzi Urszula Kozłowska.

– Nie pobłażajmy więc sobie, ale z drugiej strony nie narażajmy się na tortury czy uszczerbek na zdrowiu. Warto też chyba przemyśleć to, o czym mówią niektórzy antropolodzy – że obsesyjna walka z cellulitem krępuje nas czasem równie mocno, jak nasze praprababki krępował w XIX wieku gorset.


Korzystałam z książki Georges’a Vigarello „Histoire de la beauté”, Editions du Seuil 2004.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »