Jak chronić skórę i włosy przed promieniami UV?

fot.123rf

Kocham słońce, jednak to miłość bez wzajemności. Beztroskie chwile spędzone w jego promieniach, nawet tych wiosennych, natychmiast odbijają się na mojej twarzy przesuszeniem, a to, jak wiadomo, wpływa na widoczność zmarszczek.
Moją drugą zmorą są przebarwienia, bo czym by ich nie wywabiać (kuracje kwasami, peelingi czy nawet laser), prędzej czy później powracają. Jedyny ratunek to bardzo staranna ochrona przeciw UV, czyli stosowanie kremów z wysokim filtrem i unikanie bezpośredniej ekspozycji na słońce.

reklama

Naukowcy zalecają ostrożne korzystanie z kąpieli słonecznych także ze względu na wysyp w ostatnich latach alergii skórnych i nowotworów. W tym najgroźniejszego czerniaka, aktywizowanego przez promieniowanie UV (ultrafioletowe) i IR (podczerwone). Okazało się, że epidemia tych schorzeń jest bezpośrednim skutkiem częstego spędzania wakacji w gorących rejonach świata (dowiodły tego np. badania prowadzone w Skandynawii). Nie ma nic gorszego dla skóry niż po wielu miesiącach przebywania głównie w pomieszczeniach – wybrać się na kilkudniowy urlop w ciepłych krajach i próbować nacieszyć się słońcem na zapas, nie stosując odpowiedniej ochrony.

Jeśli obawiasz się, że nakładając wysokie filtry, pozbawisz się dobroczynnego działania witaminy D3, możesz być spokojna – twoja skóra nawet po posmarowaniu nadal będzie ją syntetyzować, bo nigdy nie da się zatrzymać wszystkich promieni kremem. Kto nie smaruje, ten choruje – warto zapamiętać tę zasadę. Bo krem ze zbyt niskim filtrem lub położony za cienką warstwą praktycznie nas nie chroni. Kiedyś poparzyłam się w Grecji mimo, jak mi się wydawało, solidnej tarczy z kremu o wysokim współczynniku ochronnym. Owszem, wysmarowałam się nim nawet dość obficie, jednak po kilku godzinach i kąpieli w morzu praktycznie nie działał. Ta niemiła przygoda nauczyła mnie dyscypliny. Teraz zawsze smaruję się przed wyjściem z domu (bo filtry potrzebują 15–20 minut, by uaktywnić składniki ochronne) kremami SPF 50+ i uzupełniam ich ilość co dwie godziny oraz po każdej kąpieli (nawet gdy produkt jest wodoodporny, bo zwykle ścieram go ręcznikiem). Na plaży kosmetyk powinien mieć współczynnik SPF minimum powyżej 30 w pierwszych dniach i nieco niższy w kolejnych. Jednak w przypadku cery skłonnej do pękania naczynek czy przebarwień nawet w mieście konieczna jest najwyższa ochrona, czyli współczynnik SPF 50+. Jeśli uprawiamy sporty i intensywnie się pocimy, trzeba stosować preparaty wodoodporne z tzw. filtrami fotostabilnymi, które nie zmieniają swoich właściwości pod wpływem promieniowania słonecznego. A osoby z nadwrażliwością skóry, skłonnością do alergii posłonecznych czy trądziku powinny po prostu go unikać, bo kosmetyki, mimo że coraz skuteczniejsze, nie chronią skóry w stu procentach.

Nawet gdy nie jadę na urlop, stosuję całe lato odpowiednią ochronę, tak samo jak na wakacjach, bo wiem, że słońce równie mocno operuje w mieście jak w górach czy nad morzem. A miejskie zanieczyszczenia w połączeniu z promieniowaniem UV i IR tworzą zabójczą bombę przyspieszającą powstawanie szkodliwych wolnych rodników (odpowiedzialnych za przyspieszone starzenie organizmu). Dlatego nawet siedząc przy biurku, chronię odkryte części ciała, zwłaszcza twarz i dłonie. Nie opalę się przez szybę i nie poczuję charakterystycznego ciepła, ale szkodliwe promieniowanie UVA i tak przeniknie w głąb skóry. Dlatego latem oprócz ochrony słonecznej konieczne jest stosowanie preparatów o działaniu antyoksydacyjnym, wzbogaconych o witaminy (zwłaszcza C i E) i polifenole (np. skwalen). Najlepiej zastosować layering, czyli warstwową ochronę: lekkie serum z antyoksydantami, na to krem nawilżający i dopiero preparat z filtrem. W mieście te dwa ostatnie preparaty świetnie zastępują lekkie kremy koloryzujące lub BB i CC z filtrem powyżej 30. Po powrocie do domu, z pracy lub z plaży warto tez stosować, oprócz regenerującego kremu do twarzy i balsamu do ciała na noc, kosmetyki silnie nawilżające i kojące skórę.

A jak chronić włosy? Moje z natury są kręcone, czyli suche, zatem każde dłuższe spotkanie ze słońcem kończyło się puszeniem, rozjaśnieniem koloru i niemożnością ich okiełznania. Do czasu, kiedy odkryłam, że ochronne olejki wzbogacone o naturalne filtry (np. arganowy) lub specjalne olejki firm fryzjerskich całkiem nieźle chronią i nawilżają. Jedyny minus to częste mycie, ale latem to i tak norma. A po kąpielach słonecznych bez umiaru stosuję nawilżające odżywki i maski. To najskuteczniejsza metoda, by ustrzec się przed przesuszeniem.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu SENS

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »