Uwolnić od szkoły: jak wygląda nauka w szkołach demokratycznych?

fot.123rf

W tradycyjnej edukacji najbardziej wartościowa jest dla nich przerwa, a koniugację poznają, skacząc na trampolinie. Odszkolnieni uczniowie szkół demokratycznych sami decydują, czego się uczyć, i uczą się po to, aby żyć szczęśliwie.
Dramatu nie było. Staś uczył się w państwowej renomowanej szkole z basenem, blisko domu. Lubił klasę, sam był lubiany, miał fajną wychowawczynię i dobre oceny. Na pozór więc nic niepokojącego się nie działo. I Zuza Cytrycka nie myślała, aby syna przenosić. Tylko wspomina trudności, które dziś, z perspektywy roku w Wolnej Szkole, wydają się złowrogą przeszłością. Na przykład to, jak Staś stresował się rano. Robił afery: o złą bluzę, nie takie buty. Bolał go brzuch, był agresywny wobec młodszego brata. – Wtedy nie wiązałam tego ze szkołą – przyznaje Zuza. I wspomina odrabianie lekcji: koszmar. – Zmuszanie, przekładanie, awantury, siedzenie po nocy. Odbywało się to w męce. Staś zaczął uważać, że wszystko jest nudne, beznadziejne i że on sam jest beznadziejny – opowiada Zuza. – Tyle go interesowało, gdy był młodszy, a po trzech latach w szkole obserwowałam wypalenie.

reklama

Inni rodzice opowiadali podobne historie. Z powszechnością tego typu doświadczeń jest tak: można uznać je za normę albo za epidemię. Ruch unschoolingu i twórcy szkół demokratycznych skłaniają się ku tej drugiej diagnozie.

Lekcja wolności

Przenieśmy się teraz do raju. W angielskim Leiston, otoczona ogrodem, leży pierwsza demokratyczna szkoła świata – Summerhill. Powstała w 1921 roku jako społeczność, w której o życiu wspólnoty decydują wszyscy jej członkowie. Robią to na cotygodniowych zebraniach, gdzie głos siedmiolatka waży tyle, co głos dyrekcji. Lekcje są obowiązkowe tylko dla nauczycieli, uczniowie mogą opuszczać je całymi latami. Każdy wybiera, czego się uczyć – i może wybrać też lepienie garnków lub zabawę w piratów.

Założyciel szkoły Alexander S. Neill pisze w książce „Nowa Summerhill”: „Dziecko obdarzone jest wrodzoną mądrością i poczuciem realizmu. Jeśli pozostawić je samemu sobie […], rozwinie się na tyle, na ile jest do tego zdolne. Summerhill jest miejscem, w którym ci, którzy posiadają wrodzone zdolności i pragną być naukowcami, zostają nimi; natomiast ci, którzy predysponowani są do zamiatania ulic, będą pracować miotłą. Chociaż, jak do tej pory, murów naszej szkoły nie opuścił żaden zamiatacz. Nie piszę tego ze snobizmu, jako że wolałbym, aby szkołę opuścił szczęśliwy zamiatacz ulic niż znerwicowany uczony”. Dodajmy, że uczonych opuściło ją wielu.

A Summerhill jest dla nas ważna, bo to od niej zaczął się ruch szkół demokratycznych w Polsce. Jej ideą zachwycił się poznański przedsiębiorca Michał Jankowski – i wykonał dwa kluczowe ruchy. Po pierwsze, swojego syna posłał do szkoły tam. Po drugie, samą koncepcję przeniósł stamtąd tu. To on jest inicjatorem i jednym z założycieli pierwszej w kraju szkoły demokratycznej: Trampoliny. Również mieści się w starym gmachu w ogrodzie, a o losach wspólnoty decydują wszyscy. Jankowski zaczął zarażać ideą. Organizował konferencje, do Poznania ściągali ludzie z całej Polski. – Byłem gotów się tam przeprowadzić – wspomina Dominik Granada, który ostatecznie założył jedną z pierwszych szkół demokratycznych w Warszawie: Wolną Szkołę w Pyrach.

Ze spotkania w Poznaniu Dominik wraca pociągiem z Marianną Kłosińską. Dyskutują: – Marianna, wszystko pięknie, ale co z angielskim? Logopedią? Jak nauczyć historii?

Powraca myślenie schematami, wedle których są „przedmioty”, które trzeba „przyswoić”. Dziś Dominik zastanawia się, na ile w ogóle wprowadzać uczniom swoją wiedzę. Co pozwoli jego wychowankom być bardziej samorządnymi? Co rozwinie ich wewnętrzną, najgłębszą motywację do nauki? Przecież wiedza dociera do dzieci nie tylko w szkole, stykają się z nią wszędzie, na dworze, w sklepie, oglądając kreskówki. Czy wiedza płynąca ze świata nie jest bardziej potrzebna niż ta, którą możemy zaprezentować w szkołach?

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »