Wychowanie: dom zły dla dziecka

fot.123rf

Można karać dziecko za złe zachowanie, wstawiając je pod zimny prysznic, kazać mu iść spać w środku dnia albo nie zmieniać pampersa przez całą dobę – mówi Ewa Janiuk, położna, która wie, co to znaczy zły dom.
Na co zwraca uwagę położna środowiskowa?

reklama

Ktoś kiedyś mi powiedział: „Pokaż mi najbrudniejsze miejsce w swoim domu, a bardzo wiele o tobie powiem”. Coś w tym jest. W przychodni czy szpitalu położniczym pacjentki wyglądają jednakowo, można się bardzo pomylić. Do szpitala kobieta zabiera najlepsze ciuchy, kupi sobie ładny szlafrok w szmateksie, nowe kapcie, ubranka dla dziecka. Wmiesza się w tłum. Tam nie widać tych rozbieżności. Poza tym, jeżeli zapyta się ją o cokolwiek, powie wszystko to, co byśmy chcieli usłyszeć. A my wiemy, że ta dziewczyna nie ma warunków w domu, jest tam przemoc fizyczna i psychiczna ze strony konkubenta. Albo jeszcze inaczej: ona po prostu nie ma gdzie wrócić, bo nie ma domu. Przyjechała na porodówkę z reklamówką, w której ma wszystkie rzeczy dla siebie i dziecka.

Co to znaczy, że ona mówi to, co chcemy usłyszeć?

Na przykład przekonuje: „Nie, nie, u nas w domu w żadnym wypadku nikt nie pali przy dziecku”. Ale wchodząc do mieszkania, wiem, że kłamie, bo meble są przesiąknięte dymem. Albo: „Nie, nie, dziecko jest tylko na piersi”. A ja kątem oka dostrzegam stojącą butelkę. „U nas nikt nie bije dziecka”. A ja widzę paski porozwieszane na meblach. Czasem w jednym domu jest mieszkanie, w którym strach czegokolwiek dotknąć, żeby nie ubrudzić, a tuż obok mieszkanie, w którym strach czegokolwiek dotknąć, bo się przyklei palec.

Jaki jest pani rejon?

To cztery powiaty: opolski, strzelecki, krapkowicki, opolski ziemski.

Czego się tam spodziewać?

Bardzo często idziemy w nieznane. Zdarza nam się trafiać na jakieś meliny, ale trzeba pamiętać, że patologia to jest tylko malutka część położnictwa środowiskowego. Natomiast cała reszta naszej pracy to jest po prostu matkowanie matce i dawanie jej wsparcia.

Jak rozumieć określenie „melina”?

Jedna z moich koleżanek położnych, która poszła odwiedzić rodzinę, była przymuszana, żeby dołączyć do imprezy pijackiej, i bała się, że jej stamtąd nie wypuszczą.

Szła do małego dziecka?

Tak. Właśnie świętowano jego narodziny. Raz miałam takich podopiecznych, do których przychodziłam o 7 rano, żeby zastać ich w domu, bo potem nie było ich cały dzień, chodzili po śmietnikach. Na wszelki wypadek syn stał wtedy samochodem za rogiem i mieliśmy umowę, że jeżeli nie puszczę mu sygnału w ciągu pięciu minut, to on, po pierwsze, dzwoni po ojca, po drugie, na policję. Innym razem zajechałam w miejsce, gdzie toczyły się walki psów. Chaszcze dwumetrowe, mój samochód obskoczyły rottweilery, cała masa. Więc tylko szybę odsunęłam i udawałam, że z kimś rozmawiam przez telefon: „Tak, jestem tu, gdzie ci mówiłam, zaraz będę wracać”. Tak na wszelki wypadek blefowałam. Do tych psów skaczących mi na maskę podszedł jakiś pan, a z daleka słyszę głos kobiety: „To jest położna. Ona nasza, weź psy”. Przyjechałam sprawdzić, gdzie matka z noworodkiem wróci ze szpitala, bo było podejrzenie, że coś ze środowiskiem jest nie tak. Zostało to zgłoszone do sądu rodzinnego, dziewczyna wyszła ze szpitala bez dziecka. Potem okazało się, że była kobietą szefa mafii.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »