Liberum veto, mamo!

Dzieci i ryby głosu nie mają? Nie – wszystko im wolno! Autorytaryzm i wychowanie bezstresowe skompromitowały się tak samo. Może powinna zapanować w rodzinach demokracja?
Krzyś, trzy lata, jest szczególnie zainteresowany tym, co zakazane. Z upodobaniem manipuluje przy sprzęcie audio, kuchence, lodówce. Kiedy po raz kolejny dobiera się do DVD, ojciec nie wytrzymuje i wymierza synkowi klapsa. O! Krzyś nie pozostanie tacie dłużny i rzuca się na niego z pięściami. Gniew taty wzrasta. Do akcji wkracza mama, chce godzić, ale mąż nie daje za wygraną: „nie będzie gówniarz podnosił na ojca ręki”. Żona: „Przecież ty też użyłeś siły.”. Mąż: „Ja to co innego”.

reklama

No właśnie – czy faktycznie?

Równi i nierówni

Czy ojciec i mama to „co innego” niż syn czy córka? W sprawach fundamentalnych – prawa do miłości, szacunku, godności – jesteśmy tacy sami. Zarówno noworodek, jak i dorosły członek rodziny mają równe prawo do zaspokojenia swoich potrzeb i poszanowania godności.

Ale w wielu sprawach rodzice to rzeczywiście „co innego” – bo górują nad dziećmi wiedzą i doświadczeniem. Wiedzą, czego się wystrzegać, unikać, co jest zdrowe, dobre, a co nie. Dlatego zabraniają dziecku wkładać palec do kontaktu, biegać z nożem, wychodzić na golasa na dwór, objadać się cukierkami i oglądać całymi dniami telewizję.

Relacja rodzinna odstępuje więc od prawa równości, gdy chodzi o pewne zakazy: ponieważ małe dzieci potrzebują więcej snu, muszą chodzić wcześniej spać niż rodzice. Ponieważ narażone są na niebezpieczeństwo, nie wolno im samodzielnie chodzić po ulicy. Nie mogą oglądać niektórych filmów, czytać pewnych gazet, nosić butów na obcasach, pić alkoholu, palić.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu SENS

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »