Do roboty!

Mieczysław Wasilewski

Praca jest dla Polaków źródłem radości i satysfakcji, ale też budzi ogromną
frustrację. W kolejnym odcinku cyklu „Polski stres”, w którym opisujemy przyczyny stresu w naszym życiu, spróbujemy odpowiedzieć na pytania: Czy umiemy się realizować w pracy? Czy dokonujemy mądrych wyborów? Czy warto się ścigać do sukcesu?

reklama

Uważamy, że żyje nam się coraz lepiej, optymistycznie patrzymy w przyszłość, praca nas satysfakcjonuje – jednym słowem dołączyliśmy do zadowolonych z życia Europejczyków. A jednocześnie od dwóch dekad zdobycie i utrzymanie (zwłaszcza dobrej) pracy jest ciągle jednym z najpoważniejszych źródeł stresu, który utrzymuje się niezależnie od stanu gospodarki czy poziomu bezrobocia. Jak pogodzić taki optymizm z taką frustracją?  

Starać się i dbać

Na początku lat 90. pracownicom pewnego zbankrutowanego zakładu tekstylnego zaproponowano pracę i dobre zarobki w Czechach – musiałyby tylko dojeżdżać codziennie kilkadziesiąt kilometrów. Propozycję przyjęła jedna osoba. Reszta uznała, że to za duży kłopot, trzeba czekać na lepszą okazję, a na razie bardziej się opłaca pójść na bezrobocie. Dziś taka sytuacja nie byłaby możliwa: mało ruchliwi Polacy zamienili się w nomadów, którzy do pracy jeżdżą do odległych miast, do domu wracają tylko na weekendy, i przemierzają za pracą całą Europę.    

– Praca stała się po rodzinie najważniejszą dla Polaków wartością – mówi socjolog ze Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej Izabela Grabowska-Lusińska. – Przestaliśmy ją postrzegać jako coś, co jest nam dane raz na zawsze, wiemy, że musimy się o nią starać, dbać tak, jak dbamy o inne sfery naszego życia. Uważamy, że powinniśmy pracować dobrze i dostawać za to godziwe wynagrodzenie.

O tym, jak Polacy szanują pracę, świadczą chociażby badania pokazujące, że coraz trudniej akceptujemy znaną w poprzednim ustroju zasadę: czy się stoi, czy się leży…, coraz mniej tolerujemy utrzymywanie rzeszy bezrobotnych. W tej kwestii jesteśmy znacznie bardziej krytyczni niż Duńczycy czy Holendrzy łagodnie oceniający rodaków na garnuszku państwa. My mówimy: „jeśli ktoś nie ma pracy, to trzeba go skierować na roboty publiczne, żeby wiedział, za co bierze pieniądze!”.

Witold Rychłowski, właściciel firmy zajmującej się doradztwem, rozwiązywaniem konfliktów i treningami dla młodych menedżerów, twierdzi, że bezrobocie staje się wręcz symbolem nieudacznictwa – w społeczeństwie „na dorobku” usiłującym dogonić bogatsze kraje i cierpiącym na zaniżone poczucie wartości człowiek tyle jest wart, ile ma pieniędzy i jakie stanowisko. Zdobycie i utrzymanie tak cennego dobra jak praca stało się wyzwaniem także dla całego współczesnego świata.

 

Ruchome piaski

– To efekt przełomu cywilizacyjnego bez precedensu w  historii. Jego istotą jest życie w ciągłej zmianie – mówi psycholog Jacek Jakubowski. – W każdej minucie powstają nowe informacje, technologie, które kwestionują dotychczasową wiedzę i na nowo definiują rzeczywistość. Przestają obowiązywać stare zasady, tworzą się nowe, już nie wiemy, kto rozdaje karty i co może nas spotkać. To jak sawanna – nie wiadomo, co wychynie z trawy… Taki świat jest źródłem stresu, bo nie mogąc ogarnąć rzeczywistości, nie czujemy się bezpieczni. Żyjemy jak na ruchomych piaskach.

Dziś podjęcie każdej decyzji rodzi mniej lub bardziej uświadomiony stres, bo trzeba decydować o własnym życiu w sytuacji wielu niewiadomych. Ciągłe zderzanie się z pędzącą rzeczywistością jest z jednej strony ożywcze dla mózgu, bo codziennie trzeba wymyślać coś nowego, można się sprawdzać, czerpać radość z sukcesów. Z drugiej – świadomość, że trzeba nadążać za światem, przełamywać nawyki, rodzi stres.

Nam jest jeszcze trudniej. Zdaniem Izabeli Grabowskiej-Lusińskiej Polacy są znacznie gorzej niż „stara Europa” czy Ameryka przygotowani do selekcji, analizowania i interpretowania informacji, które wdzierają się do naszego umysłu, bo nie przygotowała nas do tego szkoła ani uczelnia. A to podstawa życia w nowoczesnym społeczeństwie – od tych umiejętności zależy nie tylko nasza wiedza i zdolność korzystania z nowych technologii, ale także gotowość do współpracy z innymi, empatia. Jeśli to wszystko mamy, czujemy się pewni w świecie nawet nieprzewidywalnym.

Żeby chciało się pracować

Ilu z nas może powiedzieć, że lubi przychodzić do pracy, dogaduje się z szefem, może realizować własne pomysły? Niewielu. Nie tylko dlatego, że narzekanie jest narodową specjalnością. Także dlatego, że większość polskich firm nie stwarza warunków do rozwoju kreatywności i ducha współpracy.

– Odpersonalizowanie pracownika, zwłaszcza w korporacjach czy tzw. instytucjach totalnych (wojsko, szpital, instytucje publiczne), jest podstawowym źródłem stresu – mówi Izabela Grabowska-Lusińska. – Jesteśmy przyzwyczajeni do małych grup, w których możliwe są wzajemne relacje, a każdy gra w nich określoną rolę. W korporacji pojedynczy pracownik ma niewielkie znaczenie i wpływ na decyzje. Nieporozumienia i frustracje rodzi zły przepływ informacji: ustne polecenia, na które nie ma „podkładki”, niejasne intencje pracodawcy, ale także niepewność: czy pasuję do grupy, czy to zgodne z moim ja, czy się utożsamiam z korporacyjnym mundurkiem?
Jak ocenia Jacek Jakubowski, większość polskich firm oscyluje między organizacją starego typu, zbudowaną na hierarchii i dominacji, a tzw. organizacją uczącą się, poszukującą, innowacyjną. To oznacza, że nie obowiązują jasne reguły gry: pracownik raz jest chwalony za inicjatywę, a innym razem krytykowany, ktoś awansuje za znajomość z prezesem, inny – za kwalifikacje. Nie wiemy, jak powinniśmy się zachować, czego spodziewać. To skłania także do unikania odpowiedzialności za innych. W socjologicznych badaniach karier zawodowych pojawiła się kategoria ludzi, którzy nie chcą awansować, wybierają stagnację, byle tylko unikać odpowiedzialności. – Podstawą nowoczesnego biznesu nie jest dziś głównie zysk, lecz komunikacja, tworzenie warunków, w których ludziom chce się wymyślać nowe rzeczy – mówi Jakubowski. – Z badań wynika, że więcej zarabiają firmy, w których pracownicy lubią przebywać, mają dobry kontakt ze sobą i szefami. Japoński czy amerykański szef najczęściej się cieszy, gdy pracownik przychodzi do niego z pomysłami, szef polski mówi: „zajmij się robotą, ja tu jestem od wymyślania!”.

Większość menedżerów biorących udział w szkoleniach prowadzonych przez firmę Witolda Rychłowskiego (delegują ich tam pracodawcy) jest zachwycona możliwością poznania innego modelu pracy, chcą testować rozwiązania, których nie mają odwagi testować w swojej firmie. – I co z tego – pyta Rychłowski – skoro wracają do skostniałych systemów i pracodawcy, który nie chce się zmieniać?

W odpersonalizowanym wyścigu pracownik nie ma szans budowania wiary w siebie czy wyrażania oczekiwań, a to ma bardzo zły wpływ na jego pracę i karierę. Poczucie wartości, zakorzenienia się w sobie powinno być największym rynkowym dobrem: człowiek zakorzeniony jest gotowy na spotkanie z innymi, czuje się bezpieczny, nawet jeśli się boi, że coś mu się nie uda.