Katastrofa – Trochę więcej pozytywizmu

Marek Skorupski / FORUM

Po katastrofie smoleńskiej nastąpiło u części społeczeństwa wskrzeszenie patriotyzmu jako najwyższej cnoty. Ale to nie jest patriotyzm nowoczesny, przejawiający się chociażby w pracy na rzecz małych ojczyzn i działaniami wspólnotowymi – w tym odcinku cyklu „Polski stres” rozmawiamy z profesor socjologii Hanną Świdą-Ziembą. W pierwszą rocznicę katastrofy zastanawiamy się, jakie polskie mity ożywiła. Czy umiemy uczyć się na własnej historii? Czy potrafimy budować prawdziwą wspólnotę?

reklama

– Katastrofa smoleńska stała się dla Polaków dowodem na to, że znowu ponieśli ofiarę krwi. Tych, którzy zginęli, usiłuje się zaliczyć do panteonu męczenników. Czy my ciągle musimy tak cierpieć?

– Tak nie reaguje całe społeczeństwo, bo jesteśmy bardzo zróżnicowani pokoleniowo, środowiskowo, mentalnie. Należałoby raczej powiedzieć, że wśród Polaków, zwłaszcza starszego pokolenia, odżył mit, który określam mitem ofiary i który funkcjonuje w zbiorowej świadomości od czasów romantyzmu: przekonanie, że Polska zmartwychwstanie przez mękę i krew. Im więcej ofiar, tym lepiej… Ten mit umocniło odzyskanie niepodległości i wojna polsko-bolszewicka – za klęski powstania listopadowego czy styczniowego Bóg ofiarował nam wolność i pozwolił zwyciężyć w starciu z potężnym bolszewickim państwem. Takie myślenie było podobnie silne podczas wojny: wierzono, że cierpienia okupacji, powstanie warszawskie, walka polskich żołnierzy na wielu frontach przełożą się na niepodległość, na wielką i potężną Polskę – stosownie do wielkości ofiary. Pamiętam, że na mnie, wtedy dziecko, i na moich rówieśników, ten mit bardzo działał. Rozpaczaliśmy, że urodziliśmy się zbyt późno, by wziąć udział w walce. Naszym największym marzeniem była śmierć za ojczyznę. Wymyślaliśmy, jak najlepiej byłoby zginąć – nie umrzeć w szpitalu, bo to po babsku, nie cicho i nie szybko, tylko jak w jednej z czytanek „przy zachodzącym słońcu konać powoli”. W którymś z wypracowań napisałam, że mój ojciec nie wrócił z wojny i mam nadzieję, że zginął, skoro ja nie mogłam (na szczęście był jak najbardziej żywy…). Mit ofiary spełnił jednak w czasie wojny bardzo ważną funkcję – ułatwiał przeżywanie okropności i pozwalał przetrwać. Życie miało wartość, choć tyle było śmierci dookoła.

 

– Jednak to, co się stało po wojnie, było krachem tej mitologii? Ofiara nic nie dała…

– Okazało się, że mit ofiary jest bez sensu i trzeba myśleć realistycznie, w kategoriach interesu państwa i jego obywateli, tak jak myślą inne narody, także te, które nas po wojnie „sprzedały”. Proszę zauważyć, że polskie cierpiętnictwo nie odżyło nawet w stanie wojennym. Solidarność to pokojowy ruch oporu nastawiony na to, by było jak najmniej ofiar. Oczywiście, był podział na nas, dobrych, i tamtych, złych, ale on nie był taki jednoznaczny, bo wielu członków PZPR wstępowało do związku i nikt ich nie dyskryminował, nie rozliczał, nie lustrował. W stanie wojennym Solidarność nie nawoływała do powstania narodowego i wieszania komunistów, lecz do tego, by dalej działać, myśleć o przyszłości, planować. Powstało wtedy wiele projektów ustaw wykorzystanych po 1989 roku. To była działalność czysto pozytywistyczna! Był w nas duch, który doprowadził do Okrągłego Stołu i ostatecznie do odzyskania wolności i demokracji na drodze pokojowej, bez choćby jednej ofiary. Wtedy wielu uznało to za wielki sukces.  

Mit ofiary odżył, ku memu głębokiemu niepokojowi, po katastrofie smoleńskiej, ale to nie są tamte głębokie, mające swe źródło w historii przeżycia pokolenia dwudziestolecia międzywojennego i wojny, tylko teatr, cyrk, wskrzeszenie trupa tamtej mitologii.

– Dlaczego znowu stawiamy się w roli ofiary?

– Mogę na to odpowiedzieć krótko: bo mamy mit, który może uświęcić wszystkich frustratów. Za komuny większość ludzi zachowywała się konformistycznie – to nie jest żaden zarzut, ludzie na całym świecie wpisują się w istniejący system, starają się w nim jakoś urządzić. Graliśmy z systemem, w różnych sprawach się z nim dogadywaliśmy, ale z drugiej strony wielu chciało realizować i realizowało wartości, rodziło się wiele cennych dzieł kultury, powstała możliwość rozwoju nowoczesnej myśli ekonomicznej, której symbolem stał się Balcerowicz. Wielu jednak było takich, którzy nic nie chcieli robić, potakiwali, kłaniali się władzy, a w czasach stalinizmu bali się chodzić do kościoła. Ale takie zachowanie wywoływało w nich poczucie upokorzenia. Dziś chcą o tym zapomnieć, ale upokorzenie i gniew w nich pozostały i teraz chcą się za to odegrać. Czują się ofiarami tamtego systemu, choć nie podlegali represjom – i dla nich mit ofiary stał się dziś nośny. Wśród obrońców krzyża wielu było także ludzi sfrustrowanych, niespełnionych życiowo i zawodowo, którzy dzięki katastrofie mogli nadać sens swojemu życiu, wystąpić w telewizji, katastrofa ich uświęciła.

Smoleńsk był tragiczną katastrofą i niczym więcej. Tragiczną, bo tylu ludzi zginęło, bo na pokładzie samolotu zgromadzili się ludzie różnych orientacji, różnych funkcji – to była reprezentacja polskiego społeczeństwa. Śmierć tylu ludzi musi wydawać się absurdalna, zwłaszcza że wielu z nas nie chce w ogóle przyjmować do wiadomości jej istnienia – dlatego tworzenie legendy, że to kolejny symbol cierpienia narodu, pozwala ją jakoś wytłumaczyć, łatwiej znieść.

Mit ofiary jest wygodny, a politycy potrafią go przywołać i wykorzystać dla swoich celów.

 

– Wydaje się, że dla przeciętnego Polaka historia to zbiór obrazków: Mały Powstaniec, Kościuszko, Piłsudski, kosynierzy, barykady. Nie mamy racjonalnego stosunku do wydarzeń historycznych, niczego nas ona nie uczy, nie znamy swoich bohaterów.

– Panuje totalna niewiedza historyczna. Wśród młodzieży jest ogromna niechęć do historii, z czym ja walczę – niech przynajmniej potrafią odróżnić pierwszą wojnę od drugiej! Ale podobną sytuację mamy na świecie: poprzez rzeczywistość wirtualną zostaliśmy rzuceni w świat teraźniejszości, w którym reklamy biustonoszy i samochodów przeplatają się z relacjami z krwawych konfliktów na świecie i obrazkami z hospicjów. Chopina poznajemy często przez kiczowate straganowe pamiątki. Wszystko jest migawkowe, nastąpiła fragmentaryzacja widzenia świata. W związku z tym nie mamy poczucia, że wyrośliśmy z jakiejś tradycji, tylko przekonanie, że świat zawsze był właśnie taki. Następuje zanurzenie w teraźniejszości: „nieznośna lekkość bytu”.

– Postrzeganie wydarzeń bohatersko-martyrologicznych jako dowodu na moralną wyższość Polski uniemożliwia racjonalną dyskusję, bo z jednej strony są „patrioci”, a z drugiej „zaprzańcy”, rozmawia się językiem haseł, symboli i często nienawiści.

– Po katastrofie nastąpiło u części społeczeństwa wskrzeszenie patriotyzmu jako największej cnoty, ale to nie jest patriotyzm nowoczesny – przejawiający się chociażby pracą na rzecz małej ojczyzny, działaniami wspólnotowymi. Nie stworzono w ciągu ostatnich 20 lat modelu takiego nowego patriotyzmu, który mógłby być atrakcyjny chociażby dla młodych ludzi. W 2006 roku badałam hierarchię wartości wśród młodzieży licealnej. Patriotyzm znalazł się dopiero na 15. miejscu wśród 18 wartości do wyboru. Najbardziej przez młodych ludzi cenione są: rodzina, sukces, inwestowanie w siebie. W innym badaniu, które objęło studentów różnych wydziałów UW, wśród wartości odrzuconych, które badani umieścili na samym dole skali, znalazły się: patriotyzm (77. pozycja na 80 wartości w sumie), cnota, tradycja, honor, altruizm, ideowość, sumienie, poświęcanie się dla innych. Dla nich to rzeczy wręcz „obciachowe”. Jeden z respondentów przeprowadzonych później wywiadów powiedział: „Wydaje mi się, że to nie są wartości przydatne w dzisiejszych czasach, nie mają one znaczenia, mamy po prostu inny system wartości niż nasi rodzice i dziadkowie”. Inny: „Uosobieniem modelu naszych rodziców i dziadków będzie powstaniec warszawski czy absolwent Szkoły Rycerskiej, i to jest dla nas anachronizm chodzący”. Badani mówili, że są nastawieni do życia zadaniowo i na pokorę, cnotę, patriotyzm czy poświęcenie nie ma w ich życiu miejsca.

 

– Czy nie jest tak, że prawdziwe działania wspólne często zastępujemy pozorną i krótkotrwałą „wspólnotą pomnikową” – łatwiej spotkać się rocznicowo przy pomniku czy grobie, zapalić znicze, pomodlić, zyskać chwilowe poczucie więzi…

– Następuje odwrócenie od haseł charakterystycznych dla Solidarności – pomocy słabszym, wspólnego działania dla dobra ludzi. Przez ostatnich 20 lat za mało akcentowano potrzebę takich działań, nie tworzono dobrego dla nich klimatu. Winę ponosi też prasa, która skupiła się, zwłaszcza na początku lat 90., na znanych i bogatych, a za mało do dziś pokazuje społeczności lokalne, w których ludzie robią fajne rzeczy. Zmiany ekonomiczne doprowadziły do rozluźnienia więzi społecznych. Młodzież akcentuje ogromną potrzebę wspólnoty – widać to chociażby po tym, jak reagowała na śmierć papieża czy jak włącza się do działań Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, ale skrzykuje się na chwilę, nie potrafi wspólnoty ani stworzyć, ani podtrzymać. Student kulturoznawstwa tak w wywiadzie opisał charakter kontaktów rówieśniczych: „To jest specyfika naszego pokolenia. Kuleczki, które się od siebie odbijają. Jak się spotkamy, to fajnie, ale spotykamy się tylko na chwilę i potem lecimy dalej. Jeżeli jakaś kuleczka zostanie przy tobie, to fajnie. Jeśli potem spotkacie się po raz drugi, to już kuleczki są inne, trzeba się na nowo odnaleźć. Ale i tak się potem odbijemy, każde w swoją stronę”…

– Pamięć solidarnościowej wspólnoty na szczęście żyje: młodzież, także na prowincji, zaczyna odkrywać historię swoich małych ojczyzn, działa na rzecz innych.

– Został w nas duch pozytywizmu, o czym świadczy chociażby rozwój bardzo wielu wsi i miasteczek, które tak się w ciągu ostatnich lat zmieniły, że nie można ich poznać. Jedna z moich obecnych studentek napisała: „Wiele osób, szczególnie z pokoleń starszych od mojego, widzi we współczesnym świecie zanik bliskich kontaktów i nie rozumie
kontaktów młodych ludzi. Uważam, że w tak szybko zmieniającym się, niepewnym świecie, gdzie jesteśmy zalewani niezliczoną liczbą informacji, które bardzo często budzą w nas niepokój o przyszłość naszą czy następnych pokoleń, przyjaźń, miłość i wszelkiego rodzaju bliskie kontakty z innymi są szczególnie ważne”.

Partnerem akcji Wolni od Stresu jest: