Komunikacja: Język

A gdyby tak polscy parlamentarzyści od czasu do czasu się pobili jak ich
koledzy z Izby Gmin czy Dumy? Bójka byłaby bardziej szczera niż złośliwości i kłamstwa, którymi raczą siebie i nas podczas debat. Przemoc fizyczna jest jednak niepoprawna politycznie, natomiast przemoc słowna – dopuszczalna, a nawet społecznie akceptowana. I przestała być domeną jedynie polityków

reklama

 Brutalny język, raniący uczucia, odbierający poczucie godności – mówimy nim wszyscy. Słowa ukrywają nasze prawdziwe intencje i potrzeby, nie chcemy poznawać intencji i potrzeb rozmówcy. Oceniamy, zamiast zrozumieć. Dlaczego tak często posługujemy się językiem nienawiści, a nie językiem serca, i jak to zmienić? Dziś bezkarnie można powiedzieć niemal wszystko (o dziadku z Wehrmachtu, agenturalnej przeszłości, chirurgu mordercy, wolno nazwać przeciwnika zdrajcą), a zarzuty odpierać „skrótem myślowym” albo „dziennikarskim przeinaczeniem” i zasłonić się wolnością słowa. Język publiczny stał się narzędziem walki, buduje barykady, zamiast służyć porozumieniu. Utożsamiana ze szczerością słowna agresja jest obecna wszędzie.

Język nie nadąża

Język polityki nie wziął się znikąd. To ten sam język, którym się posługujemy wobec obcych i bliskich, którym rozmawiamy z dziećmi i pracownikami, nie zdając sobie sprawy z jego mocy, z konsekwencji wypowiadanych przez nas słów. W poprzednim systemie nauczyliśmy się akceptować fakt, że mówimy i myślimy co innego – język często nie służył ujawnianiu prawdy, ale jej zamaskowaniu, bo to, co myślimy, mogło być wykorzystane przeciwko nam. Kiedyś tylu rzeczy nie można było mówić, dziś – w imię wolności uważamy, że mamy prawo powiedzieć wszystko. Przez lata postrzegaliśmy siebie jako ofiary i ciągle to poczucie odreagowujemy: w relacjach z innymi skupiamy się przede wszystkim na tym, żeby wygrać, i wykorzystujemy do tego język.

Choć tyle zmieniło się wokół nas, słowa tych zmian nie ogarniają i za nimi nie nadążają, polska demokracja nie wypracowała sobie własnego języka. Nie uczy porozumienia szkoła, która choć stopniowo się otwiera, przez lata była zhierarchizowana i autorytarna – nauczyciel zawsze miał rację. Sztywny w naszej kulturze podział ról społecznych na kobiece i męskie nie sprzyja autentycznemu kontaktowi ze sobą – mamy swoje zadania, określone role i musimy je wypełnić.

Nie trzeba wyzwisk, epitetów i przekleństw, by zranić, poniżyć, odebrać godność, zmanipulować. Jeśli nawet nie używamy słów wulgarnych, to używamy słów oceniających: „on jest głupi”, „niczego nie rozumiesz”, „z ciebie, Zosiu, to już nic nie będzie”, „Kowalscy to zarozumialcy”.

– Taki język nazywamy w psychoedukacji „językiem ty”. Objawia się tym, że mówimy nie o swoich potrzebach i intencjach, nie o tym, czego naprawdę chcielibyśmy się dowiedzieć, lecz o tym, co wydaje nam się, że miała na myśli druga osoba, co wydaje nam się, że o niej wiemy – mówi Lucyna Wieczorek, trenerka i dyrektorka działającej przy Dojrzewalni Róż pierwszej w Polsce Szkoły Trenerów Komunikacji Opartej na Empatii, która edukuje trenerów i oferuje programy rozwoju osobistego. – Zbyt rzadko mówimy natomiast umożliwiającym porozumienie językiem „ja”, który jest językiem faktów, prawdziwych intencji i potrzeb.

– Już się nie kontaktujemy z człowiekiem, tylko z naszymi opiniami o nim – dodaje Ewa Orłowska, certyfikowana trenerka Center for Nonviolent Communication i Fundacji „Porozumienie bez Przemocy”. – Nie umiemy i nie czujemy potrzeby, by zapytać drugą osobę, co myśli i czuje. Zakładamy, że to, co my myślimy, jest całą prawdą o życiu. W efekcie żyjemy w świecie iluzji, którą bierzemy za fakty. Nawet dorośli w sytuacjach publicznych zachowują się jak dzieci: starają się przekrzyczeć drugą stronę, przekonując: „on jest głupi!”. Czasami nie wiemy nawet, skąd ta opinia się bierze. Kiedy dziecko pisze w szkole na ławce: „Szkoła jest nudna jak ciocia Jadzia z Bródna”, nauczyciel ma wybór, którego większość z nich nie jest chyba świadoma. Pierwsza możliwość: powiedzieć Jasiowi, że złamał zasady i zniszczył mienie szkoły, i ukarać. Kara często udzielana jest w afekcie, np. „Przez tydzień nie będziesz wychodzić na boisko. Przemyślisz sobie, co zrobiłeś!”. W tej sytuacji nie ma kontaktu między nauczycielem a Jasiem. Nauczyciel stracił wielką okazję. Druga możliwość: oderwać się od chęci kary i zemsty i przyjrzeć bliżej sytuacji. „Widzę ten napis i jestem zła/smutna, bo zależy mi na tym, żebyśmy szanowali to, co mamy, i żeby było nam przyjemnie, kiedy siedzimy przy niepomazanych stolikach. Chcę usłyszeć, jak ty, Jasiu, to widzisz, zanim wspólnie zdecydujemy, co zrobić”. Nauczyciel, któremu zależy na kontakcie, potrafi skupiać swoją uwagę na zmianę na sobie i na drugiej osobie. Poza tym to znakomita okazja, by dowiedzieć się, co Jaś przeżywa, czego potrzebuje, co się stało, zanim napisał, co napisał. Przy takim podejściu powstaje wspólna przestrzeń, w której pojawi się rozwiązanie – będzie jednak uszanowane i zaakceptowane przez obie strony, a tym samym trwałe. Tak jednak dzieje się rzadko.

Żeby wszyscy byli OK

Każda rozmowa to swego rodzaju kontrakt, transakcja – ja coś ci daję i oczekuję czegoś od ciebie: wymieniamy się informacjami, spostrzeżeniami, emocjami, uczuciami. Jeśli coś robimy, robimy to dlatego, że czegoś potrzebujemy, coś chcemy osiągnąć. Komunikacja ma zawsze kilka poziomów: część treści, które wypowiadamy, jest jawna, ale część nie – to drugie dno, ważniejsze, bo za nim kryją się nasze prawdziwe intencje i potrzeby.

Amerykański psychiatra Eric Berne, twórca koncepcji relacji międzyludzkich, którą nazwał analizą transakcyjną, wyróżnił kilka postaw psychicznych odzwierciedlających nasz stosunek do życia, m.in.: „ja jestem OK i ty jesteś OK” – to postawa pozwalająca rozwiązywać własne problemy, szanująca racje innych. Język takiej osoby jest jawny – mówi to, co chce powiedzieć, jest otwarta wobec innych, dlatego nie boi się ujawnić własnych uczuć. Jeśli natomiast matka mówi dziecku: „jesteś świetny, a jak ktoś mówi, że nie, to jest głupi” – uczy je postawy „ja jestem OK, ty nie jesteś OK”. To postawa osób, które często oceniają i ferują wyroki. Jeśli prezentujemy postawę „ja nie jestem OK, ty jesteś OK”, mamy poczucie niższości i nie pozwalamy sobie wprost i szczerze mówić o swoich potrzebach.   

– Jeśli jestem świadomy, czego sam chcę, wiem, co mnie motywuje, mogę to otwarcie powiedzieć lub nie, ale mam wybór. Jeśli takiej świadomości nie mam, nie mam także żadnego wyboru. I nawet jeśli powiem komuś: „ja cię szanuję”, te słowa będą puste i nic nieznaczące, bo nie wynikają z moich prawdziwych przekonań. Zmiana postawy na „ja jestem OK i ty jesteś OK”, to wyższa szkoła rozwoju, bo wymaga pracy wewnętrznej, określenia własnych potrzeb i wzięcia odpowiedzialności za ich realizację, a to jest bardzo trudne – mówi Lucyna Wieczorek.

Szacunek i empatia

„Nienawiść jest łatwa. Miłość wymaga wysiłku i poświęcenia” – mówił Marek Edelman. Choć pozornie prosty, w praktyce język „ja” jest bardzo trudny do zastosowania, bo wymaga rozliczenia się z własnymi emocjami i frustracjami. To początek gotowości do wysłuchania innego, do porozumienia. – Trzeba zrobić krok do tyłu, by sięgnąć do głęboko ukrytych w nas zasobów uczuć, uświadomić sobie, jak wielką cenę za ich ukrywanie płacę w relacjach z bliskimi – mówi Ewa Orłowska.

Do wysiłku sięgnięcia do zasobów serca i mówienia „językiem serca” namawia amerykański psychiatra Marshall Rosenberg. Jego teoria Porozumienia bez Przemocy opiera się na szczerości i empatii – otwarciu na siebie i drugą osobę.

– Język serca uczy nas, że życie to ciągła zmiana, proces, w którym nic nie jest ani czarno-białe, ani złe czy dobre raz na zawsze. To, co nas otacza, dla uproszczenia określamy jako albo złe, albo dobre. Często jednak, szczególnie w sytuacjach konfliktowych, wybór jest bardziej złożony, bo życie jest w tym samym czasie równocześnie i złe, i dobre. Nie chcę być egoistką i jednocześnie chcę też umieć dbać o siebie. To nie wybór: albo ty, albo ja, lecz co zrobić, aby było i ty, i ja? Język serca zwraca także uwagę na to, że jesteśmy istotami stadnymi – tkwi w nas często nieuświadomiona tęsknota za głębokim kontaktem z drugą osobą i poczuciem bezpieczeństwa wśród innych ludzi. Chcemy się w pełni wyrażać, cieszyć swoim życiem i życiem innych. Jesteśmy tak skonstruowani, że jeśli ktoś obok jest nieszczęśliwy, to nam trudno być w pełni szczęśliwymi. To właśnie ta tęsknota, gotowość do pomagania ludziom, daje nam siły do ujawnienia pokładów czułości i empatii.

Ewa Orłowska opowiada o badaniu dzieci poniżej roku życia, przeprowadzonym przez Yale Universtity. Maluchy mają przed sobą teatrzyk, a w nim kolorowe ludziki odgrywają dwie scenki. Pierwsza: ludzik usiłuje wejść na górkę, a drugi go z niej spycha. Scenka druga: ten sam ludzik wchodzi na górkę, wtedy pojawia się inny i pomaga mu wejść. Gdy maluchom pokazano oba ludziki – tego, który pomagał, i tego, który przeszkadzał, aż 80 proc. wybrało tego pomagającego!

Kontrakt podpisany farbą

W jednej z podwarszawskich zerówek na pierwszej lekcji nauczycielka zawarła z dziećmi swoisty kontrakt. Najpierw wspólnie przedyskutowano, co można, a czego nie można robić w klasie (na przykład nie można się przezywać czy przyklejać gumy do żucia do pleców kolegi). Potem każdy maczał rękę w kolorowej farbie i przystawiał ją pod „kontraktem”. Gdy ktoś nie trzymał się umowy, pani nie krzyczała, że nie wolno, tylko przypominała zawarty kontrakt.
Lucyna Wieczorek: – Gdy moja dziesięcioletnia córka przychodzi ze szkoły i mówi, że koleżanka jest głupia, mogę zareagować na różne sposoby, np. powiedzieć: „nie przejmuj się, ona jest głupia, ale ty jesteś mądra”, albo też zapytać: „co się konkretnie stało, co takiego zrobiła?” – a więc przejść od języka osądów do faktów. Kiedy to się uda, staramy się ustalić, na czym córce w kontaktach z koleżanką zależy. W ten sposób można dotrzeć do tego, co ją naprawdę boli, co zwykle przynosi ulgę i daje szanse na znalezienie rozwiązań na przyszłość. To są proste rozwiązania, ale wymagają zmiany postawy: nie pytać, kto ma rację – rodzic czy dziecko, dziecko czy nauczyciel, bo to są pytania o to, kto jest OK, a kto nie OK. Chodzi o to, aby zadać pytanie, czego potrzebuje rodzic, dziecko i nauczyciel. Potrzeby każdej osoby są ważne, każda jest OK.

Ewa Orłowska: – Kiedyś syn, wtedy piątoklasista, wrócił ze szkoły poruszony. Wspólnie zastanawialiśmy się, co i dlaczego go tak zdenerwowało, byłam przy nim, dawałam mu swoje współczucie bez osądzania, sprawdzałam tylko, czy dobrze go rozumiem, że był smutny czy przestraszony, gdy nauczycielka krzyczała i szydziła z jego koleżanki? Czy był zagubiony, bo przeczyło to wartościom, które im wcześniej sama przekazywała? Przytakiwał i opowiadał dalej. Po 15 minutach odetchnął i zapytał: „mamo, a co u ciebie?”, o co nigdy wcześniej w taki sposób nie pytał (śmiech). Byłam wzruszona, czułam wielką bliskość człowieka z człowiekiem.