Gotowanie na ekranie – kilka słów o programach kulinarnych

Złośliwi twierdzą, że produkuje się je od ponad 70 lat dlatego, że można w ten sposób tanio wypełnić ramówkę. Trudno jednak zaprzeczyć, że programy kulinarne inspirują miliony ludzi na całym świecie. |Złośliwi twierdzą, że produkuje się je od ponad 70 lat dlatego, że można w ten sposób tanio wypełnić ramówkę. Trudno jednak zaprzeczyć, że programy kulinarne inspirują miliony ludzi na całym świecie.
Choć nie biją rekordów oglądalności, to przyciągają przed telewizory wierne grono widzów. Współczesne audycje różnią się znacznie od tych, które produkowano jeszcze w latach 90. Zmianę tę wskazuje w książce „Watching What We Eat: The Evolution of Television Cooking Shows” Kathleen Collins. Pisze tam: „Dzisiejsze kąty widzenia kamery, oświetlenie, kolory i dźwięki są zupełnie inne. Wtedy programy wypełnione były pełnymi informacji suchymi monologami, które wygłaszano zza chwiejnych pseudokuchni. Mimo że przepisy mogą być często takie jak wtedy, prezentacja przebija treść”. Trwająca w Polsce gastronomiczna rewolucja nie mogła oczywiście ominąć telewizji. Dlatego namnożyło nam się ostatnio takich programów co niemiara. Nawet w TV Religia, gdzie między transmisją mszy a modlitwą różańcową gotuje dla telewidzów urocza siostra, nomen omen – Aniela. Kiedy redakcja poprosiła mnie o recenzję naszych rodzimych programów, byłem, jako szczęśliwy nieposiadacz odbiornika TV, zupełnie nieświadomy skali tego zjawiska. Tymczasem okazało się, że w tak zwanym międzyczasie Pascal Brodnicki i Robert Makłowicz dorobili się całej plejady konkurencji. Zarówno programy powstałe w zakupionym formacie, jak i takie, które są oryginalnym produktem naszej rodzimej myśli rozrywkowej – na tle tego typu produkcji zagranicznych wypadają zupełnie nieźle, szczególnie biorąc pod uwagę nasze młode tradycje na tym polu. Uczestnicy – amatorzy kulinarnych show – udowadniają, że pasja gotowania w narodzie jest, a umiejętności i wiedza rosną w tempie bolidu. Trudno jednocześnie przecenić walory takich programów. Dzięki nim Polacy otwierają się na nowe smaki, zaczynają eksperymentować, mężczyźni nie wstydzą się stać nad garami, a popyt na zdrowe, lokalne produkty rośnie. Z lekko przymkniętym okiem Mają nasze programy swoje grzeszki, jeśli już o nich mowa, ale – znów biorąc poprawkę na naszą rzeczywistość na dorobku – są one wybaczalne. W oryginalnym angielskim „Master Chefie” na przykład jurorzy są bardzo blisko uczestników przez cały czas trwania serii – żywo dyskutują o doborze składników, technice gotowania, smaku, teksturze i pomysłach, jakie mają rywalizujący ze sobą domowi kucharze. W finale uczestnicy gotują w trzygwiazdkowej restauracji dla światowej klasy szefów kuchni. I widać, że faktycznie robią na nich wrażenie tym, co potrafią. U nas czasem samo jedzenie jest nieco marginalizowane na rzecz części bardziej rozrywkowej – czyli suspensu, emocji, napięcia między uczestnikami, tak że przypomina to nieco reality show. Widać to szczególnie w „Top Chefie”, gdzie uczestnicy to profesjonaliści, których umiejętność wymyślenia na poczekaniu nowych potraw i techniczna biegłość w używaniu klasycznych technik jest wprost niezwykła i z pewnością na światowym poziomie. Mimo to twórcy programu skupiają się bardziej na napięciach i emocjach pulsujących w grupie niż na dziełach powstających na studyjnych kuchenkach. Jurorzy też poddają się temu reżimowi, mimo że akurat w tym programie trudno zarzucić im brak profesjonalizmu i wiedzy. John Torode i Gregg Wallace – oceniający latami w kolejnych seriach brytyjskiego „Master Chefa”, kiedy kosztują potraw przygotowanych przez uczestników, próbują każdego elementu oddzielnie i całej kompozycji razem, napychając sobie usta jedzeniem. Nasi chyba trochę się wstydzą. A nie ma czego, panie i panowie! Niesienie kaganka gastronomicznej oświaty (zgodnie w oświeceniową maksymą: uczyć, bawiąc) jest, wydaje się, wciąż niestety zajęciem deficytowym. Stąd najprawdopodobniej konieczność mało subtelnego lokowania produktów sponsora, zamieniająca fragmenty programów w reklamówki. No ale jeśli dzięki temu Karol Okrasa czy Wojciech Amaro mogą przekonywać w prime timie o zaletach polskich regionalnych produktów i uczyć nas ich odpowiedniego przyrządzania, to można na to przymknąć oko. Brawa za osobowość Prowadzący i jurorzy rodzimych programów zazwyczaj trzymają poziom, nawet jeśli dowcip ich zawodzi. Warto wśród nich wyróżnić Karola Okrasę. Mimo że jest troszkę za bardzo zachwycony sobą i tym, co gotuje, to nie można mu odmówić umiejętności, znajomości składników i tego, że nie chodzi na skróty, jak część kolegów po fachu. Duży plus za propagowanie lokalnych producentów, tradycyjnych regionalnych składników i walor edukacyjny. Warto też docenić Roberta Makłowicza, który już kilkanaście lat podróżuje po Polsce i świecie w poszukiwaniu oryginalnych, lokalnych smaków. Ten weteran telewizyjnego gotowania może nieco irytować pretensjonalnymi nawykami językowymi i nieporadnością w posługiwaniu się nożem, ale z pewnością ma dużą wiedzę, rozumie jedzenie i pokazuje jego różnorodność. Czapki z głów, że po tylu latach wciąż nie stracił pasji. Wśród jurorów jestem na „tak” tylko wobec Macieja Nowaka. Nowak, jako jedyny, nawet zmuszony do stania na baczność z łysiną pokrytą grubą warstwą makijażu, potrafi ująć celnością uwag i rozbawić subtelnym bon motem. Trochę im wszystkim brakuje do światowych sław, ale poprzeczka jest zawieszona bardzo wysoko. Julia Child, Keith Floyd, Gordon Ramsay, Nigella Lawson, Nigel Slater czy Heston Blumenthal to postaci charyzmatyczne, prawdziwe osobowości, które wypełniają sobą ekran, a jednocześnie pierwsze skrzypce oddają jedzeniu. Pietyzm, oryginalność, erudycja, profesjonalizm, swoboda, skupienie na szczegółach oraz prawdziwa pasja i miłość do jedzenia, które trudno ukryć – tak można opisać w skrócie to, co pokazują w TV. Nie wiem zresztą, czy polscy producenci i widzowie są gotowi na to, żeby postawić na niebanalne osobowości. No bo czy u nas ktokolwiek zrealizowałby program z udziałem Clarissy Dickson-Wright i Jennifer Paterson, czyli dwóch grubych dam? Ekscentrycznych, bezkompromisowych, o fizis zupełnie niemedialnej? Zaglądanie Polakom do garnka Co najbardziej cieszy, to fakt, że polskie programy kulinarne są zachętą do porzucenia półproduktów i gotowych dań na rzecz świeżo przygotowanych, domowych potraw, których przyrządzenie sprawia wiele frajdy i satysfakcji ludziom, którzy do tej pory uważali, że gotować nie lubią i nie potrafią. Mają też ciekawy walor socjologiczny. „Kuchenne rewolucje” pokazują, jak wygląda gastronomia na naszej prowincji i jak zmieniają się oczekiwania tamtejszej klienteli, której lokalni restauratorzy nie zawsze mogą sprostać. Świetna jest pod tym względem polska wersja „Come dine with me”, czyli „Ugotowani”. Na duchu podnosi to, że uczestnicy – zwykli ludzie z ulicy – są tak świadomi kulinarnie. Można tam też podpatrzyć, jakie aspiracje mają nasi rodacy, jakie preferują smaki, i znaleźć też parę interesujących przepisów (sprawdzonych na wymagającym audytorium), które bez problemu można odtworzyć w swojej kuchni. A do tego, co mnie bardzo pozytywnie zaskoczyło, Polak może jednak być swobodny, naturalny i dowcipny przed kamerą.

reklama