Psychologia Styl Życia Seks Parenting Moda i uroda Zdrowie Przepisy Kultura Rozwój

Krawczyk rusza w miasto


123rf.com
Blada i nijaka jeszcze do niedawna polska gastronomia nabiera charakteru. Jest to jeszcze charakter młodzieńczy i podatny na chwilowe mody, ale powoli mężnieje, śmiało wypinając pierś po kolejne gwiazdki. Trudno zaprzeczyć, że osobowość ta wykuwa się głównie w wielkomiejskich ośrodkach i jest wypadkową światowych trendów, organoleptyczno-kulturowych wspomnień, zagranicznych wycieczek i aspiracji do zachodnich stolic, ale co tu dużo gadać – jest coraz lepiej.

Śniadanie w stylu kontynentalnym Pamiętam, jak kilka lat temu, chcąc zjeść śniadanie w stolicy, trzeba było znać właściwe adresy i nierzadko przejść kilka dobrych przecznic, żeby się posilić z rana. Dziś najważniejszy posiłek dnia ma w swoim menu praktycznie każdy bar, kawiarnia czy restauracja. Ba, w wielu można je zjeść przez całą dobę. Czy ktoś podejrzewał jeszcze jakiś czas temu, że Polak czy Polka będą przed pracą (!) chcieli sobie pójść do knajpy na śniadanie albo w weekend przejechać pół miasta w tymże celu? W dodatku zakupić tam – dajmy na to – croque madame albo omlet z kieliszeczkiem musującego wina? Czuć tu powiew Paryża, Nowego Jorku czy Londynu, prawda? Co więcej, widać też u właścicieli lokali coraz większe zrozumienie dla prawdziwego jedzenia, co zapewne podyktowane jest w dużej mierze wymaganiami klienteli. Pieczywo wypieka się często na miejscu (i to nie z mrożonki), jajka są ekologiczne, dżemy domowego wyrobu, sery i wędliny dobrej jakości, soki świeżo wyciskane, a kawa uczciwa. Trochę gorzej z oryginalnością  – wszędzie praktycznie królują te same „bezpieczne” zestawy, nazywane zgodnie z narodową inspiracją, czyli: angielskie, niemieckie, francuskie, wiedeńskie, i tak dalej. Niekoniecznie są one jednocześnie wierne pierwowzorom. Amerykańskie „pankejki” okazują się racuchami, angielskie kiełbaski – parówkami, omlet –jajecznym plackiem, pomidor nie jest grillowany, a white & black pudding został w Londynie. Widać też, że wybieramy raczej śniadania lekkie – tosty, słodkie bułeczki, twarożki, jogurty. Niewiele jest miejsc, gdzie na pierwszy posiłek można – wzorem Anglosasów – wsunąć smażone ziemniaki czy stek. Najazd hambuksów Wielkie miasto zakochało się w wołowym kotlecie! To nie jest już ten sam płaski owal mięsnej brei, którą podawano w budkach w erze przedsieciówkowej ani kawał sprasowanej masy ze szczytu popularności barów spod znaku złotego „M”. Nie, nie dajemy sobie już wciskać takiego kitu. W warszawskich Burger Barze, Bistro czy Prostej Historii wołowina jest pierwszej jakości, gdzieniegdzie nawet od polskich krów rasy Angus. Kotlet jest po bożemu grillowany tak, że mięso jest wciąż różowe w środku. Dodatki są świeże, sosy i bułki wyrabiane na miejscu. W krakowskim Love Krove czy Moaburger można zjeść hambuksa z awokado, burakiem, grillowanym ananasem czy chorizo, w katowickim Mad Mick dostaniemy porcję mięsa w towarzystwie koziego sera albo cheddara z jajkiem. W wielu miejscach bułka z kotletem nabiera nowego wymiaru – przyjaznego wegetarianom. W środku zamiast mięsa znajdziesz grillowany francuski camembert z żurawiną, cypryjski halloumi z warzywami, grzyby z gorgonzolą czy doprawiony ziołami zgrabny kotlet jajeczny. A jeśli hamburger, to i frytki. Tu też widać, że zwyczaje i gusta się zmieniają. Koniec z mrożonkami poddanymi obróbce w tanim oleju. Tak jak w Berlinie, Brukseli, Londynie czy Amsterdamie, oczekujemy, że będą wyrabiane na miejscu, odpowiednio chrupiące, złociste na zewnątrz i pulchne w środku. Szczytem dobroci są ziemniaczki smażone na wołowym smalcu.


Zobacz także

POLECANE KSIĄŻKI