Dorota Miśkiewicz: gdy jestem głodna – jestem zła.

Na nasze pytania odpowiada wokalistka Dorota Miśkiewicz. Muzykę ma wdrukowaną w geny. Jej ojciec, Henryk Miśkiewicz to znany saksofonista jazzowy, jej brat Michał jest perkusistą u Tomasza Stańki. Dorota rozpoczęła swoją muzyczną drogę jako uczennica w klasie skrzypiec, ale bardzo szybko zrozumiała, że jedyny instrument, jakiego potrzebuje, to jej własne struny głosowe. lość projektów, kolaboracji, sesji, koncertów, w jakie

reklama

angażowała się przez lata swojej obecności na scenie jest niezliczona. Równie nieprzebrana jest ilość gatunków muzycznych, przez które podróżowała. Zakotwiczona w jazzie, wypływała jednak na szerokie wody eksperymentów – zarówno na te bardziej egzotyczne, jak i bliższe polskim brzegom. Współpracowała z Cesarią Evorą, Anną Maria Jopek, Nigelem Kennedym, Janem Ptaszynem Wróblewskim, legendą polskiego jazzu Włodzimierzem Nahornym.

Choć może to dziwić – znalazła też czas, żeby regularnie nagrywać solowe albumy – „Dorota Miśkiewicz Goes to Heaven – Zatrzymaj się” w 2002 roku, „Pod rzęsami” w 2005 i „Caminho” w 2008. „Ale” (2012) to jej czwarte solowe wydawnictwo.
Jedzenie to wielka frajda, przyjemność dająca radość do końca życia, konieczność, rytuał. Gdy jestem głodna – jestem zła. Smak – lubię wszystkie: kwaśny, słodki, gorzki… Moje podniebienie przyzwyczajone jest także do ostrych potraw. Uwielbiam peperoncino, zdarza mi się przyprawić nim nawet jajecznicę. Nie jem owadów i pająków…  Ostatnio widziałam na zdjęciu szarańczę, którą zjadła moja koleżanka Olga. Ja bym się chyba nie odważyła. Wstręt do owadów tkwi gdzieś głęboko w większości ludzi w naszej szerokości geograficznej, jeśli ktoś go przezwycięża, to ja mu biję pokłony, tak jak Oldze!  Poza tym jem prawie wszystko: móżdżek, grasicę, podroby. Chętnie jem też potrawy o ledwo wyczuwalnym smaku i konsystencji żartobliwie nazywanej przeze mnie ciapą, które dla większości mężczyzn byłyby nie do przełknięcia – np owsiankę. Uwielbiam prosty fakt, że mogę jeść! Toż to pocieszenie w trudnych chwilach, taka mała, zawsze dostępna kotwica. Dopóki odczuwam radość ze zjedzenie bułki z masłem, dopóty żyję! Gotuję-rzadko, ale z przyjemnością. Mój partner wiernie mi kibicuje, gdy stoję w kuchni, nieustannie wpadając w zachwyt nad proponowanymi potrawami (no, może poza wspomnianą owsianką). Kiedy czegoś nie wiem, dzwonię do taty, który jest świetnym kucharzem. Zjadłabym z … Nie marzy mi się jedzenie z kimś bardzo przystojnym albo inteligentnym… Dobry towarzysz posiłku to taki, który umie dzielić ze mną namiętność do jedzenia! Wystarczy mi moja rodzina, przyjaciele – oni znają moje podjadanie z cudzego talerza, moje zachwyty nad każdym daniem (szczególnie tym cudzym!), oni mnie rozumieją! Ulubione restauracje? Jest ich dużo, często jadam na mieście. Z warszawskich ekskluzywnych restauracji zachwyciła mnie „Tamka 43” i elementy kuchni molekularnej, ponadto zajadam się sushi w Sakanie na Moliera, lubię Inabę. Z drugiej strony kibicuję takim niedużym inicjatywom jak np „Sto900” na Powiślu, czy Jazz Cafe w Łomiankach, w którym poza kuchnią odbywają się fantastyczne koncerty! Szczególny sentyment mam do smażalni Sieja we Frąknowie (lubię tam zatrzymywać się w drodze do Trojmiasta).