Psychologia Styl Życia Seks Parenting Moda i uroda Zdrowie Przepisy Kultura Rozwój

Kubik i jego ulubiona palarnia kawy


26 listopada 2012 Kubik kawy Monika Stachura
Długo na to czekałem i w końcu się udało. W Krakowie ktoś postanowił coś zrobić dobrze. Co nie zdarza się tu jakoś nagminnie.

Dobrze, bez oglądania się na to, czy to się uda, czy i kiedy się zamortyzuje, i zastanawiania się nad szeregiem rzeczy, które mogą być problematyczne, a które zwykle powodują, że obcinamy świetny plan, ze strachu dostosowując go do średniej krajowej.

Efekt jest na ogół taki, że lepiej by było nic nie robić. Tym bardziej mnie to wszystko cieszy, że wydarzenie to dotyczy kawy. A jeszcze bardziej, że to Kraków. Miasto świetnych pomysłów niewychodzących poza stolik knajpiany. Trochę się oczywiście tego wydarzenia spodziewałem i wierzyłem, że jak już będzie, to będzie dopracowane i nikt nie odpuści, nie pójdzie na łatwiznę, że smak będzie na pierwszym miejscu, bo poprzednie działania wskazywały na dużą bezkompromisowość. Co zatem się stało? Bartek, właściciel mojej ulubionej kawiarni i lunch baru Karma w Krakowie, otworzył palarnię! Nazywa się (a jakże!) Karma Coffee Roasters i mieści na krakowskim Kazimierzu.

Za moment obok niej powstanie też bardzo fajny brew bar, gdzie będzie można wpaść na kawę, usiąść w lecie w ładnym ogrodzie i podpatrzeć, jak proces palenia wygląda. Ale to za chwilę. Na razie produktów Karma Coffee Roasters możecie spróbować w ich lokalu na Krupniczej. I to zarówno w formie już zaparzonej, jak również można zakupić paczkę świeżo wypalonych ziaren, które weźmiecie ze sobą do domu. Na razie wszystko jest w fazie rozkręcania, to znaczy kawa już jest, i to świetna, ale robi się jeszcze cała otoczka: identyfikacja wizualna i wszystkie drobiazgi. Jednakże to co najważniejsze już się leje w z karmowego ekspresu, z dripperów, aeropressów i chemexa. Jest pięknie.

Chwilowo do wyboru są trzy piękne single. Wszystkie z zielonego ziarna zakupionego za pośrednictwem NordicApproach, firmy której współwłaścicielem jest jeden z największych speców od kawy – Tim Wendelboe. Daje to dwie gwarancje: wysokiej jakości i wysokiej ceny, ale w tym wypadku niestety inaczej się nie da. Na pierwszy ogień do filiżanek trafia Ethiopia Yirgacheffe z kooperatywy Nigelle Gorbitu. Moja ulubiona z tego zestawu.W smaku bardziej herbaciana (przy proporcjach 26 gramów kawy na 500 ml wody), silnie wyczuwalny jaśmin, czarna herbata, cytryna, lekko ostra w smaku, o ładnej, odświeżającej kwasowości. W tle jeszcze majaczy bergamotka i głóg. Doskonała. Jedna z lepszych, jakie piłem. Trochę nie mogę się od niej oderwać.

Kolejna na warsztat idzie Kenia Nyeri Karagoto Peaberry. I tu również Bartek trafia bez pudła. Bardzo jasno wypalona, idealna do drippera. Mocna kwasowość, ale również bardzo przyjemna, odświeżająca. Kawa niestety niezbyt często kojarzy się z orzeźwieniem, na ogół ze średnio smaczną cieczą, z którą wiąże się jedynie silne pragnienie jak najszybszego zapomnienia o całym wydarzeniu, ale w przypadku (co generalnie dotyczy po prostu dobrze zaparzonych ziaren wysokiej jakości) tych ziaren i tego sposób zaparzania dostajemy niesamowicie świeży i aromatyczny napar. Silna czarna i czerwona porzeczka, cytryna, intensywne nuty kwiatów i jagód. Chce się żyć. Na koniec została Brazylia z regionu Piata i uprawy Santa Barbara. Równie dobra, trochę ciemniej wypalona sprawdziłaby się świetnie w espresso. Zrównoważona, ciekawa kwasowość ale też nuty wanilii i czekolady. Jednym słowem, nie pozostaje wam nic innego, tylko wpaść do Krakowa na ulicę Krupniczą i spróbować samemu. Za około dwa tygodnie będzie trochę nowych kaw do kompletu. Między innymi Kenia Kapsokisio, której nie powinniście przegapić i ciekawy Honduras. Jest na co czekać i co sprawdzać. Każda paczka jest opatrzona datą wypalenia i możecie być pewni, że nie dostaniecie kawy starszej niż 14 dni. Musicie się również spodziewać, że nie będą to najtańsze kawy w waszym życiu, ale warte są każdej złotówki.

Mógłbym się tak dalej rozpływać nad kawami z Karmy i faktem, że to jedne z lepszych jakie piłem, ale zamiast tego napiszę, że warto jest czasami coś zrobić dobrze, najlepiej jak się da, bez oglądania się na koszty i liczyć na to, że z czasem ludzie docenią i wszystko będzie się kręcić, bo to jedna z przyjemniejszych rzeczy: zapłacić za kawę, wypić ją i mieć poczucie, że było to naprawdę dobre, wypalone i przygotowane z pasją, bez żadnego ściemniania. O ileż jest tak milej niż w momencie, kiedy po raz kolejny kolejny dostajemy coś na odczep się. W takich wypadkach proponuję jednak nie płacić. Może w końcu coś się ruszy. 


Zobacz także

POLECANE KSIĄŻKI