Kubik o polskich palarniach

Dzisiaj będzie patriotycznie. Albo lokalnie. Będzie o palarniach. Polskich. Lokalnych. I o kawiarniach, które z ich produktów korzystają. O ludziach, którzy robią dobrą robotę i starają się związać koniec z końcem. Tutaj. Na miejscu. I będzie o wyborach.
Przyczynkiem jest niedawno odbyta dyskusja o jakiejś włoskiej kawie w kontekście nowej kawiarni. Mocno takiej sobie kawie zresztą. Wiecie, nieciekawe ziarno, dosyć drogie w stosunku do jakości, bo w cenie kawy trzeba zmieścić dużo rzeczy. Espresso płaskie i gorzkie. Nawet miła, przebłyskująca słodycz była zupełnie przygnieciona kiepską robustą użytą do produkcji tego wspaniałego blendu. Koszt? Siedemdziesiąt parę złotych. Za tą cenę, lub niewiele więcej można już kupić kilogram ziarna, o którym wiemy skąd pochodziło, kiedy, jak i po co było palone. Ziarna, które nawet jak nie będzie zwycięzcą Cup of Excellence (no, a za tą cenę na pewno nie będzie), to i tak da nam dużo więcej pozytywnych doznań niż wyżej wspomniana.  Ale wciąż się nabieramy. Kawiarnie nabierają się na to, że dostają coś „za darmo”, ekspresy, filiżanki, jakieś drobne akcesoria, nie bacząc na to, że słono płacą za to w comiesięcznym zamówieniu przewartościowanej kawy, nijakiej obsłudze, takich sobie szkoleniach. Pijący nabierają się na przekonanie, że jak Włochy to kawa najlepsza na świecie i nawet udaje im się często wyłączyć zmysł smaku. Albo po prostu nie przywiązują wagi. Nawet szefowie kuchni, którzy powinni być szczególnie wyczuleni na kwestie smaku właśnie, często gęsto w swoich lokalach serwują klientom produkt a la Nespresso. Bez zastanowienia się nad tym, że od wszystkiego należy wymagać. Gdy tymczasem można inaczej. Można postarać się dobrać charakterystykę danej kawy i danej metody zaparzania do jedzenia. Po latach dziwnych praktyk zastosował ten pomysł, przy pomocy mieszanek od Tima Wendelboe, Rene Redzepi, szef kopenhaskiej Nomy. Aż dziwne, że tak późno. I wcale nie twierdzę, nie zrozumcie mnie źle, że wszystkie mieszanki, które pochodzą z Włoch są złe. To nie tak. W tym stylu i sposobie jest dużo dobrego. I można znaleźć prawdziwe perełki. Tylko one na ogól do nas nie docierają. Do nas przyjeżdża najczęściej ziarno dużych firm, często palone jakiś czas temu, które zestawione z brakiem kompetencji i nie najlepszym sprzętem daje mizerny efekt w filiżance. Można w ten sposób tylko po co?  Przecież na naszym rynku jest z czego wybierać! Warszawski Kofi Brand, Java Coffee, Instytut Kawy i Apro-Trade, krakowska Karma Coffee Roasters i od niedawna też krakowskie po przeprowadzce Coffee Proficiency, kołobrzeska Mastro Antonio. To tak na pierwszy rzut. Każda z tych palarni może poszczycić się dobrym ziarnem i kompetentną obsługą klienta. W coraz większej ilości kawiarni znajdziecie też ich produkty. W tych miejscach też znajdziecie ludzi, którzy traktują to co robią z pasją i chętnie, jeżeli akurat nie będą w fatalnym nastroju, wam o tym opowiedzą. Większość z tych lokali organizuje też regularne cuppingi na których dowiecie się o co w kawie chodzi. Co to właściwie jest balans, gdzie gorycz, a gdzie kwaśność. Skąd w kawie słodycz. Dlaczego w jednej czujemy rabarbar, a w innej świeżą skórkę z grejfruta. Dostaniecie jakieś porównanie jednym słowem. I jak po tym porównaniu sięgnięcie po jakiś przemysłowy blend, to gwarantuję wam, że to będzie ostatni raz. Okaże się, że kawa to przede wszystkim przyjemność, smak, bogactwo aromatów jak w dobrym winie. Czysta radość. A nie tylko kofeina, żeby otworzyć zapuchnięte rano oczy.  Na początek jeżeli mieszkacie  w Warszawie to skoczcie do Filtrów, pewnie najstarszej kawiarni w Polsce, która od kawy chciała czegoś więcej. Filtry mają tak miło, że robią regularnie cuppingi w niedzielę. Na ogól o 10.00 i można, a nawet trzeba do nich wpaść. Więc wpadajcie. Ale nie tylko Filtry. Lista jest długa. I nie tylko Warszawa. Jeżeli chcecie wiedzieć co i jak, to piszcie, a ja odpowiem co, gdzie kiedy.

reklama