Psychologia Styl Życia Seks Parenting Moda i uroda Zdrowie Przepisy Kultura Rozwój

Kubik pije kawę z v60


15 października 2012 Kubik kawy Monika Stachura
Ania Korytowska wiosna-lato 2013
Jeżeli jedyne skojarzenie, jakie przychodzi wam do głowy jeżeli przed cyfrą pojawia się literka V, to prace ośrodka w Peenemunde, powinniście je natychmiast zrewidować. Owszem, w przypadku wyjątkowego zbiegu okoliczności, możecie zafundować sobie zupełny odlot (trudne dosyć, ale o tym później), niemniej jednak korzystanie z v60 jest dosyć spokojnym procesem w przeciwieństwie do zabaw z V2. Ale od początku.

Dość długo zastanawiałem się i próbowałem znaleźć najlepszy – dla mnie rzecz jasna – sposób na kawę w domu. Na początku korzystałem z włoskiego zaparzacza. Wiecie, takiego, który stawiacie na gaz i w pewnym momencie pojawia się w nim kawa – ale zarzuciłem te próby, dochodząc do wniosku, że kawa z blaszanej mokatierki wychodzi dosyć płaska i gorzka. Nawet jeżeli pogimnastykujemy się z grubością mielenia, czystością wody i czasem parzenia. Zupełnie nie mogliśmy się polubić. Później przyszły marzenia o ekspresie. Ale nie chciałem takiego zwykłego. Nie dogadalibyśmy się również. Potrzebowałem dużej, gastronomicznej maszyny. I młynka. I systemu filtracji. I pewnie przebudowania kuchni. Nie chcąc ryzykować zbyt dużych rachunków, niepotrzebnych spięć w domu, jak również kalkulując, że mój projekt – jeszcze w teorii – zdążył już pożreć jakieś dwadzieścia tysięcy, odłożyłem go na półkę ,tłumacząc sobie, że wcale nie muszę pić kawy w domu i że lepiej jest wyjść na spacer, z ludźmi się spotkać, na słońce popatrzeć (wcale to nie oznacza, że nie da się zrealizować projektu „ekspres ciśnieniowy w domu” taniej – po prostu mnie akurat się nie udało).

Potrzeba jednak wracała, no bo w końcu jak to – dom bez kawy? Co zrobić rano, kiedy jednak się okazuje, że październikowe słońce to może i świeci, ale ciepło to na pewno nie jest i perspektywa wynurzenia się bladym świtem na kawę jakoś nie wywołuje dreszczu ekscytacji? W końcu dotarłem do dripa japońskiej firmy Hario. Okazało się, że klasyczna, przelewowa metoda jest tym, co sprawdza się dla mnie najlepiej. Dzięki niej dostaję co rano filiżankę, która jest klarowna, delikatna, o czystym i złożonym smaku. Bez wad właściwie. Ta metoda daje napar o niskiej goryczy, wyraźnej, świeżej i przyjemnej kwaśności, odpowiedniej słodyczy, a wszystko to ładnie ze sobą harmonizuje. Jeżeli próbuję nowej kawy, zawsze zaparzam ją najpierw w ten sposób i w większości przypadków tak już zostaje. Nieczęsto szukam innych rozwiązań. Pomysł na kawę przelewaną przez filtr papierowy jest dosyć stary. I wydawałoby się prosty. Z tym ostatnim to prawda pod warunkiem, że wiecie na czym polega prostota i na co trzeba zwrócić uwagę. Hario tak zaprojektowało swoje urządzenie, że wydobywa z kawy zaskakująco dużo głębi. Dzieje się tak przez kształt i średnicę wylotu, jak i przez specyficzne karbowanie na brzegach. A teraz czas na co i jak. Potrzebujemy:

  •  Hario v60 02,
  • papierowe filtry Hario,
  • ręcznego bądź elektrycznego młynka z regulacją mielenia (z ręcznych najsensowniejsze rozwiązania produkuje Hario, Porlex i Tiamo),
  • naczynia, do którego wlejemy napar (Hario Range Server na przykład),
  • czajnika z wąskim dziubkiem (ja używam Hario Buono Kettle. Na rynku znajdziecie jeszcze bardzo dobre produkty Takahiro i Bonavita. Tiamo też jest niezłą alternatywą. Polecam również wyprawę na targ staroci i znalezienie czegoś podobnego. Ważne jest, żeby dostać równy i wąski strumień wody),
  •  kawałek bambusowego (drewnianego) patyczka do mieszania,
  • wagę o dokładności +/- 1g,
  • czystej filtrowanej lub butelkowanej, wody,
  • stoper.

Przydaje się także termometr.

Kubik pije z V60

Kawa również jest niezbędna. Unikacie mieszanek do espresso. Celujecie za to w świeżo i jasno palone single arabiki. Na polskim runku jest kilka fajnych palarni, które mają takie ziarna. Ja akurat zaparzałem Kostarykę z plantacji Zamorana.

Do dzieła zatem:

Gotujemy wodę – jeszcze raz przypominam, że musi być świeża i filtrowana. Kawa to w ponad 90% woda. Jeżeli użyjemy byle jakiej wody, to kawa również okaże się bylejaka. A – trudno to ukryć – woda w polskich miastach do smacznych nie należy. Potrzebujecie wody w temperaturze około 92 st. C, ale można swobodnie eksperymentować z cieplejszą i chłodniejszą.

Po zagotowaniu przelewamy wodę do czajnika, z którego będziemy zalewać kawę. Przed zaparzaniem przelewamy umieszczony w naszym stożku papierowy filtr gorącą wodą, jednocześnie likwidując możliwy posmak papieru, jak również dogrzewając wszystkie możliwe elementy. Mielimy 24 gramy kawy (właśnie do tego bardzo przydaje się waga), chcąc uzyskać konsystencję mniej więcej piasku.

Kubik pije z v60

Kubik pije z v60

Następnie stawiamy stożek z filtrem i naczynie, do którego będziemy zaparzać kawę na wadzę, do filtra wsypujemy zmieloną kawę i całość tarujemy. Zalewamy kawę niewielką ilością wody (60 g). 

Kubik pije z v60

Jest to bardzo ważny etap – pozwala to pozbyć się resztek gazu, a przede wszystkim otworzyć się naszej kawie. Po zalaniu lekko wzruszamy bambusowym mieszadłem kawę przy brzegach, aby zapewnić równomierny kontakt z wodą.Kubik pije z v60

Czekamy 45 sekund do minuty (jeżeli kawa jest bardzo świeża). Następnie powoli wlewamy resztę wody (w kilku etapach), wykonując lekkie, koncentryczne ruchy zgodnie z ruchem wskazówek zegara, od środka na zewnątrz, nie dochodząc do brzegów.

Kubik pije z v60

Utrzymujemy poziom wody na poziomie 3/4 w stożku. Po każdym dopełnieniu możemy lekko przemieszać. Wlewamy około 380 gramów wody.

Kubik pije z v60

Oczywiście tu również możemy eksperymentować, aczkolwiek dobrze trzymać się jakichś proporcji – powiedzmy 1:15 – 17 (kawa:woda).

Kubik pije z v60

Po zaparzeniu składamy filtr w stożku, lekko dociskając i odsączając resztki kawy. Cały proces powinien nam zająć około 3 minut.

Kubik pije z v60

Zaparzoną kawę mieszamy i przelewamy do ogrzanych filiżanek i cieszymy się smakiem.

Kubij pije z v60

W mojej filiżance jest aktualnie grejpfrut, skórka pomarańczy, suszone śliwki, migdały i rodzynki. Ładna, świeża i orzeźwiająca kwaśność, trochę słodyczy i prawie nieobecna gorycz. Czego i wam szczerze życzę. 


Zobacz także

POLECANE KSIĄŻKI