Psychologia Styl Życia Seks Parenting Moda i uroda Zdrowie Przepisy Kultura Rozwój Księgarnia Sklep Cyfrowy

Małkowska, drożdżowe naleśniki i pory w śmietanie


Wczoraj byłam w gmachu radia przy Myśliwieckiej; nagrywałam coś tam o Berlinie dla Radia Dla Ciebie. RDC przylepiony został do Trójki. Kiedyś mieściła się w tym miejscu najstarsza w Polsce ogólnopolska radiostacja. Znam to miejsce od dziecka – moja babcia była jedną z założycielek polskiej radiofonii, potem twórczynią teatru radiowego dla dzieci i młodzieży (pewnie mało kto pamięta – nazywała się Wanda Tatarkiewicz-Małkowska). Zabierała mnie niekiedy na próby i nagrania reżyserowanych przez siebie słuchowisk. To była przygoda! Jak był powód, pozwalała mi „robić tłum”, czyli uczestniczyć w tworzeniu rozgadanego acz nieistotnego tła. Potem spacer do Łazienek i kawa w kawiarence pod gołym niebem: babcia – kawa po turecku, ja – lody i fusy kawowe na łyżeczce, dla smaku. Kogo ja wtedy nie poznałam! Kwiat aktorski, wspaniałych muzyków i piosenkarzy. Najgorsze, że nie umiałam tego docenić. Kto w wieku przedszkolnym lub wczesnoszkolnym pojmuje, z jak wspaniałymi ludźmi ma do czynienia?

Dość powiedzieć, że wiklinowe łóżeczko przyniosła mi pani Irena Kwiatkowska; że pani Irena Santor kojarzy mnie jako wnuczkę babci i osobę równie niezależną jak ona; że Aleksander Bardini kupił volkswagena garbusa od mojego ojca i dobrze wspominał zakup – bez ściemy. Kiedy zaczynałam współpracę z Trójką na początku lat 90., niektóre realizatorki przybiegały mnie zobaczyć – bo pamiętały babcię, z którą współpracowały, szanowały ją i bały się, jako że wymagała niemało. To, co powyżej, skojarzyło mi się z odcinkiem „Życia na przekąskę”, dotyczącym spotkania z obecną szefową Trójki i jej córeczką Martą. Magda Jethon jeszcze nie wiedziała, że zajmie tak eksponowane stanowisko i zachowywała się zwyczajnie, po koleżeńsku. Było tak:   Dla Marty (Przepis na drożdżowe naleśniki i pory w śmietanie)   Brzechwa dał dzieciom wiersze. Ja poczęstowałam córeczkę koleżanki z radia porami zapiekanymi w śmietanie. Marta okazała się dobrze wychowaną, ośmioletnią damą. Przyszła z książką do czytania; na prośbę mamy zaśpiewała piosenkę o mrówce; tylko raz zabrała głos podczas rozmowy dorosłych. Była dziewczynką nawykłą do nienormowanych czasowo, zawodowych zajęć mamy. W niektórych jej towarzyszyła. Tego dnia obydwie – Magda i Marta Jethon – śledziły licytacyjny wyścig o bibliofilski rarytas: szesnastowieczną Biblię. Po godzinie stukania młotkiem biały kruk dostał się w prywatne ręce. Państwowe instytucje nie miały środków, by powiększyć zbiory o to cenne dzieło. Nabywca – ten prywatny – nie udzielał nikomu wywiadu. Pozostawał nieznany i nieobecny, głos oddając pełnomocnikowi. Tymczasem moja zaprzyjaźniona redaktorka z Trójki czekała na rozmowę z nowym właścicielem Biblii. Udało jej się zarejestrować tylko mało efektowną, oficjalną gadaninę z aukcji. Zmęczona licytacyjnymi emocjami, niezadowolona z efektów nagrania, Magda Jethon przyjechała wraz z córką wczesnym popołudniem. Następny wywiad miał być przeprowadzony ze mną. Nie wysłużyłam się pełnomocnikiem ani w słowie mówionym, ani w innych czynnościach. Marta wydawała się bardziej wygłodniała, niż jej mama. Wypiła dwie szklanki wody z sokiem i jak odkurzacz wchłonęła dwa rządki koreczków, zwanych przeze mnie „raz do buzi”. Były to maleńkie kwadraciki pumpernikla, posmarowanego masłem i wzbogaconego różnościami: krążkiem parówki, pastą pomidorową oraz wetkniętymi weń talarkami rzodkiewki, skrawkami czerwonej i żółtej papryki. Potem nastąpiło gorące. Po wyglądzie trudno było wywnioskować, co to takiego. Marta zawahała się nieco, lecz kindersztuba nie pozwalała jej zadawać pytań o treść dania. Bardziej swojska wydała się jej ciepła bagietka – tę od razu zaatakowała zębami. Zachęcona przez mamę, ostrożnie dziobnęła coś, co kryło się pod białym, śmietanowym sosem i dekoracją z pokrojonej w paski szynki. Tym czymś pod gęstym sosem były pory. Dorodne, letnie. Ich białe części najpierw ugotowałam w osolonej wodzie. Wyjęte po kwadransie, przekroiłam wzdłuż na połowy. Każdą część skropiłam sojowym sosem i sokiem z cytryny. Obsmażyłam jarzynę na maśle w głębokiej teflonowej patelni. Tam też zalałam je sosem o składzie: butelka śmietanki, dwa żółtka, sok z połowy cytryny. Zagęściłam utartym żółtym serem; dosmaczyłam solą, pieprzem, bazylią i słodką mieloną papryką. Po kwadransie zapiekania porów w gorącym piekarniku posypałam je pociętą w paski szynką.  Podałam z sałatką z pomidorów i czerwonej papryki. W przerwie między porami a deserem Marta zadeklamowała wierszyk Brzechwy. Fajnie jej to wyszło – zasługiwała na deser. Były to drożdżowe naleśniki. Zaserwowałam do nich całą gamę dodatków – konfiturę z wiśni, powidła z węgierek, dżem ananasowy, sok z malin, bitą śmietanę i masło cytrynowe. Do wyboru, do koloru. Naleśniki były raczej niewielkimi placuszkami (średnica – około dziesięciu centymetrów). Ciasto na nie zawierało 15 gramów drożdży, które należało rozprowadzić letnim mlekiem na papkę. Wtedy trzeba dodać szczyptę cukru, rozprowadzić i odstawić na kwadrans w cieple. Kiedy masa zaczyna bąblować, dodajemy do niej 25 dkg mąki i szczyptę soli. Miesimy ciasto, dodając jajko i 1/3 l mleka. Całość zostawiamy w cieple na 45 minut. Potem smarujemy patelnię oliwą, rozgrzewamy i na gorącą wlewamy kilka łyżeczek ciasta, smażąc jednocześnie po kilka placuszków-naleśników. Każdemu starałam się nadać zgrabną, regularną formę zbliżoną do koła. Po dwustronnym obsmażeniu placuszków zmniejszyłam ogień, smażąc jeszcze naleśniczki przez ok. 5 minut. Gotowe, włożyłam do nagrzanego piekarnika, żeby ciepłe dotrwały do przyjścia gości. Po słodkiej końcówce oddelegowaliśmy Martę do drugiego pokoju. Do akcji wkroczyła jej mama. Wypytała męża i mnie o sekrety Olsztyńskiej Panoramy Głuchych. Nagranie brzmiało dobrze, a nasze głosy po posiłku wydawały się wzmocnione.      


Zobacz także

POLECANE KSIĄŻKI