Małkowska: gicz cielęca

123rf.com

W ubiegłym roku na zaocznych studiach Wydziału Sztuki Mediów pojawiła się śliczna dziewczyna, która… mnie znała. Bez vice versa. Jak się okazało, wnuczka Eli Dryll-Glińskiej, primo voto Wlazło. Słyszała o mnie od babci. Ta zaś zapraszała mnie wielokrotnie do swych telewizyjnych programów, nagrywanych dla Dwójki. Dotyczyły polskich twórców, tych z górnej półki. Udzielałam się w nich, zarabiałam przewidziane cennikiem grosze (ale jednak nie gratis!), a nawet zaprzyjaźniłam się z autorką, nieświadoma, jakie spotyka mnie szczęście.
Dotarło to do mnie w ostatnich latach, kiedy przestano płacić „gości” i „ekspertom” występującym w mediach; gdy szefowie stacji oraz redaktorzy odpowiedzialni za programy przestali reagować na jakiekolwiek próby kontaktów ze strony tych, co na zewnątrz. Za to gdy sami potrzebują delikwenta, gotowi są stanąć na uszach i wachlować komplementami.
|W ubiegłym roku na zaocznych studiach Wydziału Sztuki Mediów pojawiła się śliczna dziewczyna, która… mnie znała. Bez vice versa. Jak się okazało, wnuczka Eli Dryll-Glińskiej, primo voto Wlazło. Słyszała o mnie od babci. Ta zaś zapraszała mnie wielokrotnie do swych telewizyjnych programów, nagrywanych dla Dwójki. Dotyczyły polskich twórców, tych z górnej półki. Udzielałam się w nich, zarabiałam przewidziane cennikiem grosze (ale jednak nie gratis!), a nawet zaprzyjaźniłam się z autorką, nieświadoma, jakie spotyka mnie szczęście.
Dotarło to do mnie w ostatnich latach, kiedy przestano płacić „gości” i „ekspertom” występującym w mediach; gdy szefowie stacji oraz redaktorzy odpowiedzialni za programy przestali reagować na jakiekolwiek próby kontaktów ze strony tych, co na zewnątrz. Za to gdy sami potrzebują delikwenta, gotowi są stanąć na uszach i wachlować komplementami.
|W ubiegłym roku na zaocznych studiach Wydziału Sztuki Mediów pojawiła się śliczna dziewczyna, która… mnie znała. Bez vice versa. Jak się okazało, wnuczka Eli Dryll-Glińskiej, primo voto Wlazło. Słyszała o mnie od babci. Ta zaś zapraszała mnie wielokrotnie do swych telewizyjnych programów, nagrywanych dla Dwójki. Dotyczyły polskich twórców, tych z górnej półki. Udzielałam się w nich, zarabiałam przewidziane cennikiem grosze (ale jednak nie gratis!), a nawet zaprzyjaźniłam się z autorką, nieświadoma, jakie spotyka mnie szczęście.
Dotarło to do mnie w ostatnich latach, kiedy przestano płacić „gości” i „ekspertom” występującym w mediach; gdy szefowie stacji oraz redaktorzy odpowiedzialni za programy przestali reagować na jakiekolwiek próby kontaktów ze strony tych, co na zewnątrz. Za to gdy sami potrzebują delikwenta, gotowi są stanąć na uszach i wachlować komplementami.

reklama

Wtedy stosunki ogólnoludzkie nawiązywało się telefonicznie; pogłębiało w bezpośrednich kontaktach. Gdy ludziom nie było ze sobą po drodze, kontakty urywały się. Wszystko rozgrywało się prosto i w zgodzie z zasadami dobrego wychowania.

Dziś ważniakom nie chce się zawracać głowy uprzejmościami. Po prostu olewają maile, sms-y, telefony. Dostępu do nich nie ma – wszędzie bramki, karty magnetyczne, ciecie, sekretarki.

A „czas wszystko zmienia…”, z wysokich stołków upadek jest bolesny. Dobrze wtedy mieć takich, którzy podadzą pomocną dłoń. I dobrze mieć po prostu… przyjaciół. Nie tylko układy.

 

Od końca

(Przepis na gicz cielęcą)

Znajomość zaczęła się od awantury.

Nie dopuszczając mnie do głosu, Andrzej Gliński wykrzyczał mi przez telefon żale i pretensje, kończąc swój ekspresyjny monolog zakazem pisywania do „Domu”. Był wówczas naczelnym periodyku „Architektura”, do którego „Dom” stanowił comiesięczny dodatek. Gliński miał dość intryg w redakcyjnym gronie. Podejrzenie, że oweż rozprzestrzeniły się także wśród współpracowników satelity „Architektury” – a to nich należałam – doprowadziło go do pasji. Wyładowawszy się i nieco ochłonąwszy, pozwolił mi wyrazić zdumienie wobec zarzutów, jakimi we mnie ciskał. Rozmowę zakończył wyszeptanym zwierzeniem, że jest przemęczony. Jak się okazało, nie było sprawy. Nadal chciał zamieszczać moje w „Domu”.

W prywatnym domu państwa Glińskich znalazłam się wraz z mężem ponad rok po tym incydencie. Zaprosiła nas żona redaktora Glińskiego, Elżbieta Dryll. Choć pracowała w TVP, nie była tak  znerwicowana, jak jej ślubny. Oprowadziła nas po mieszkaniu i pracowni, po czym prosiła usiąść za stołem. Podała słynne na całą Warszawę lody z Zielonej Budki, do nich kawę-herbatę, ciasto domowego wypieku, jeszcze ciepłe w chwili podawania; do tego powidła śliwkowe i wino.

Pochłonęliśmy poczęstunek, gawędząc o programach telewizyjnych poświęconych sztuce – specjalności pani domu. Ta po chwili znów dała nura do kuchni. Powróciła z tacą pełną zimnych zakąsek: sery, kiełbaska, galaretka z nóżek cielęcych, chleb, masło, przyprawy.

Galaretka smakował wybornie po cieście i lodach.

Pewni, że to koniec, nie żałowaliśmy sobie dokładek. Jednak myliliśmy się. Kolejne zniknięcie w kuchni – i nowa niespodzianka. Gospodyni pojawiła się z półmiskiem, na którym pyszniła się cielęca gicz. Była to – co tu kryć – skromna pozostałość po dostawie cielęciniary. Lepszą część towaru Elżbieta zużyła na sznycle, kotlety i pieczeń. Na koniec została kość po sznyclówce z giczą, na której było jeszcze sporo mięska. Grzechem byłoby nie wykorzystać takich pyszności.

Ela wstawiła więc opłukaną gicz do wielkiego gara wypełnionego wodą. Ogień pod naczyniem ledwo pyrkał przez ponad cztery godziny; woda parowała, mięso miękło. Rosół dosmaczony został dwiema pokrojonymi w plastry cebulami i pokrojoną w słupki włoszczyzną; liśćmi bobkowymi, kilkoma ziarenkami czarnego pieprzu i zioła angielskiego. Sól dodano dopiero pół godziny przed końcem gotowania. Kiedy mięso samo odchodziło od kości, Ela wyłowiła je durszlakową łyżką. Pozostały po gotowaniu wywar przecedziła przez sito. Pokrojone kawałki mięsa włożyła do przecedzonego wywaru. Zagotowała jeszcze raz, krótko., na mocnym ogniu. Potem dodała trzy zmiażdżone ząbki czosnku, marchewkę w plasterkach i zielony groszek. Rozlała do małych miseczek, wystudziła i wstawiła do lodówki.  

Podając ten przepis na galaretkę z nóżek cielęcych, Elżbieta dorzuciła informacją, że zwolennikiem

bardzo stężonej galarety radzi dodać żelatynę, natomiast osobom preferujących delikatniejsze konsystencje polecała połączenie gicz cielęcą z golonką wieprzową.

Wyszliśmy od Glińskich po dwóch repetach – ciasta i galaretki, serwowane w szyku odwrotnym od tradycyjnego. Podobno tak jadali w rodzinnym domu Eli…

Dzień po wizycie zadzwoniłam do Glińskich z podziękowaniem,. Telefon odebrał redaktor Andrzej.

PO kilku słowach zaproponował mi przejście na „ty”.