Psychologia Styl Życia Seks Parenting Moda i uroda Zdrowie Przepisy Kultura Rozwój

Małkowska i placki z kabaczka


Przyjaźnię się z nimi od zawsze, choć częstotliwość spotkań ulega zmianom. W tamtych czasach, o których traktuje „Życie na przekąskę”, Micia (oficjalnie Emilia) i Wojtek Freudenreichowie oddaleni byli od mojego miejsca zamieszkania co najmniej 15 kilometrami. Znaczy – oni na Ursynowie, ja Przyczółku Grochowskim. Ale na szczęście oni od zawsze dysponowali mechanicznym pojazdem, już nie pamiętam, jakim wówczas. Maluch? Garbus? W każdym razie mieli coś, co pozwalało im się przemieszczać po świecie. Ja przeciwnie, uzależniona byłam od komunikacji miejskiej. Podobnie mąż. Więc podróż z Grochowa na Pięciolinii zajęła nam dobrze ponad godzinę.

Ołatki Mitona (Przepis na placki z kabaczka w sosie grzybowym) Akurat pokazała ich Panorama Dnia – na dowód, że telewizja śledzi polskie życie kulturalne: ona babrze w farbie pędzelkiem, on układa na podłodze kawałki papieru. Potem zbliżenie twarzy Wojtka (prawie mogę zaręczyć, mamroczącego jakieś niecenzuralne słowa); następnie kadr z buzią Mitona z wdzięcznie spuszczonymi rzęsami. Z offu komentarz: „Wojciech Freudenreich za pół roku pokaże plakaty w warszawskiej Kordegardzie, zaś wystawa obrazów Emilii Piekarskiej-Freudenreich odbędzie się za rok w Galerii Studio”. I już zmiana dekoracji, już na ekranie wirował i przytupywał jakiś zespół regionalny. Mnie to nie zgrzewa – Wojtek jak zwykle dystansował się wobec rzeczywistości. Micia wyłączyła telewizor. Nas też nie specjalnie zgrzewała migawka w Panoramie. Czekaliśmy na kolację, gorącą acz opóźnioną z racji wysokich letnich temperatur. Zakończyła się już oficjalna część wizyty, czyli przegląd najnowszych prac Mitona i przejrzenie szkiców Wojtka. To go zgrzewało – żonine malarstwo i przekładanie polskich absurdów na mowę plakatów. Z tym, że WF swoje rysunki smyrgał niedbale na podłogę u naszych stóp, nie szczędząc przy tym dosadnych komentarzy. Natomiast dzieła żony brał w ręce z najwyższą delikatnością i zamiast cierpkich słów rzucał jedynie komplementy. Po pewnym czasie nasi gospodarze uznali show za zakończony. Wojtek brutalnie wskazał Mici kierunek: kuchnia! Ona udawała potulną, tyranizowaną małżonkę. Obydwoje z lubością grali w tę grę, kochając się na zabój. Brali ślub jeszcze jako studenci, co upamiętnił Jan Cybis w „Dzienniku”. W 1962 roku zapisał: „… Małżeństwa studentów, Sendłak z Alinką Biernacką, córką Bacewiczówny, Freudenreich Wojtek ze studentką od Artka, obie dziewczyny pełne wdzięku. Zaprosili pracownię na małą fetę. Popiłem z nimi…” (tu należy wyjaśnić – Artek to Artur Nacht-Samborski, przyjaciel Cybisa od czasów Komitetu Paryskiego i jak on profesor na warszawskiej ASP, gdzie „u Artka” studiowała Emilia Piekarska). Po dwudziestu kilku latach małżeństwa Emilia-Micia miała skrystalizowane poglądy na ludzi i sztukę. Uważała, że zajmowanie się malarstwem wymaga dojrzałości, samowiedzy, a przy tym siły niepoddawania się innym. Jej przykład to potwierdzał. Przy pozorach łagodności zachowywała odporność żelbetonu. Jednocześnie, bez skarg prowadziła domową kuchnię, co dzień przyrządzając posiłki, które Wojtek przedkładał ponad najwykwintniejsze dania restauracyjne. Tego dnia pani domu zapowiedziała ołatki z kabaczka. Brzmiało egzotycznie, lecz podane – wyglądało swojsko. Jak placki ziemniaczane. Jednak w smaku okazało się znacznie subtelniejsze. I o wiele mniej tłuste, niż nakazuje tradycja plackowa. Jak powstały, dopytywałam.  – Bierzesz kabaczka, obierasz, przekrawasz na połowy, wydrążasz pestki. Trzesz na grubej tarce. Dodajesz do pulpy jajko, sól i szklankę mąki. Ugniatasz ciasto. Na patelni rozgrzewasz olej. Z ciasta formujesz placuszki. Smażysz. Podajesz z sosem grzybowym lub pomidorowym. Osobiście wolę ten pierwszy. Wymusiłam jeszcze przepis na ten ulubiony sos.  – Moczysz przez kilka godzin garstkę suszonych grzybow. Gotujesz je, a gdy zmiękną – wyciągasz z wywaru. Siekasz drobniej lub grubiej, wedle uznania. Na patelni rozpuszczasz łyżkę masła, szklisz cebulkę. Dodajesz łyżkę mąki, mieszasz minutkę-półtorej i dolewasz parę łyżek grzybowego wywaru. Po chwili dorzucasz posiekane grzyby. Wkrapiasz trochę maggi lub sos sojowy, doprowadzasz do wrzenia, następnie zmniejszasz ogień i dolewasz śmietankę. I gotowe. Na deser dostaliśmy „gnioty” z kawą. Ni to ciasteczka, ni kulki z płatków owsianych zmieszanych z kakao. No, nie prezentowały się zachęcająco – przypominały kozie bobki. Ale miały niezapomniany smak najpopularniejszej słodyczy z czasów stanu wojennego. – Mnie tam słodkie nie zgrzewa – mruknął Wojtek, nalewając sobie czwartą filiżankę czarnej  kawy. Był przy tym taki słodki! Tu dopisek aktualny, z czerwca 2013 roku. Otóż Freudenreichowie od 14 lat są naszymi bliskimi sąsiadami – bo przenieśliśmy się na Ursynów, a oni pozostali tam, gdzie byli. Wciąż robią to, co wówczas – Micia maluje, pichci, czyta; Wojtek fotografuje i projektuje prace graficzne, ogląda telewizje, wścieka się na niedorzeczności. Ich ulubioną rozrywką są wypady pod miasto, a wczesną jesienią – na grzyby, z których potem powstają sosy i inne pyszności. Mają suczkę Mordę, w której są zakochani. I w sobie też. Cudownie, że są ludzie, którym w środku nie zmienia się, choć dookoła kipi, a im włosy posiwiały. Ale tylko troszkę.  


Zobacz także

POLECANE KSIĄŻKI