Małkowska, Maksymiuk i sałatka z fasolki szparagowej

Kilka dni temu, podczas Big Book Festival (odbył się w Warszawie po raz pierwszy, z wielkim sukcesem, choć 22 i 23 czerwca miał gigantyczną konkurencję w postaci imienin Jana Kochanowskiego, wianków na Wiśle i koncertu Paula McCartney’a), prowadziłam dwa spotkania poświęcone książkom traktującym o kulturze w międzywojniu. Pierwsza, autorstwa Anny Sieradzkiej, dotyczyła polskiej mody lat 20. i 30.; kolejna, napisana przez Iwonę Lubę, przybliżała czytelnikom Berlin, stolicę Republiki Weimarskiej. W obydwu pozycjach pojawiały się nazwy lokali najchętniej odwiedzanych (w tamtym okresie) przez elitę artystyczną i intelektualną. Które z nich przetrwały do dziś? W Warszawie – hotele Bristol i Europejski, gdzie odbywały się słynne bale mody. W Berlinie zachowało się znacznie więcej kultowych miejsc, które zamierzam za tydzień odwiedzić, jako że wybieram się nad Szprewę (zdam kulinarną relację, jeśli zdarzy się coś godnego uwagi).|Kilka dni temu, podczas Big Book Festival (odbył się w Warszawie po raz pierwszy, z wielkim sukcesem, choć 22 i 23 czerwca miał gigantyczną konkurencję w postaci imienin Jana Kochanowskiego, wianków na Wiśle i koncertu Paula McCartney’a), prowadziłam dwa spotkania poświęcone książkom traktującym o kulturze w międzywojniu. Pierwsza, autorstwa Anny Sieradzkiej, dotyczyła polskiej mody lat 20. i 30.; kolejna, napisana przez Iwonę Lubę, przybliżała czytelnikom Berlin, stolicę Republiki Weimarskiej. W obydwu pozycjach pojawiały się nazwy lokali najchętniej odwiedzanych (w tamtym okresie) przez elitę artystyczną i intelektualną. Które z nich przetrwały do dziś? W Warszawie – hotele Bristol i Europejski, gdzie odbywały się słynne bale mody. W Berlinie zachowało się znacznie więcej kultowych miejsc, które zamierzam za tydzień odwiedzić, jako że wybieram się nad Szprewę (zdam kulinarną relację, jeśli zdarzy się coś godnego uwagi).
Najbardziej żal mi kilku warszawskich barów, niezbyt snobistycznych ani ekskluzywnych, ale takich, gdzie posilali się wielcy i mali. W mojej książce „Życie na przekąskę” natrafiłam właśnie na  fragment o demokracji przy zupie. Poczytajcie. Przez Maksymiuka (Przepis na sałatkę z fasolki szparagowej) Wspinałam się po chodach Galerii Studio za żwawym, krępym i bardzo potarganych jegomościem. Jego sylwetka wydawała mi się znajoma – i słusznie.  Znała go większość przechodniów na ulicy; rozpoznała nawet kobieta wydająca zupę w Barze Wrocławskim. Jerzy Maksymiuk – bo to on był – tego dnia poczuł potrzebę poszerzenia artystycznych doświadczeń i zapuszczenia się na pozamuzyczne tereny. Zaczął od sztuk wizualnych. Najbliżej mu  było do Galerii Studio, instytucji sąsiadującej pod tym samym dachem PKiN-u z prowadzoną przez maestra Sinfonia Varsovia. Na mentora wybrał męża. Jako wkupne przyniósł butelkę różowego hiszpańskiego wina. Wypiliśmy je we trójkę w galerii, rozprawiając o twórczości, podróżach, spełnieniu marzeń i… jedzeniu. Po dwóch godzinach wygonił nas głód. Najbliższy lokal? Oczywiście, Kura! Samoobsługowy bar, gdzie dania nadawały się do spożycia bez większego ryzyka. Liczni o tej porze klienci Kury gapili się na Maksymiuka, jakby jego obecność w tym mało eleganckim przybytku uważali za prowokację. Tymczasem on śmiało wcinał kurzą wątróbkę z kiszoną kapustą, zapijając posiłek wodnistym kompotem. Maestro wyraził nam wdzięczność wręczając drugą butelkę hiszpańskiego „Carta de Oro”. Trunek przeznaczyliśmy na jakąś specjalną okazję, zamknęliśmy w szafce i wyjechaliśmy do Katowic. Naszym celem były II Spotkania Teatru Wizji i Plastyki. Zapowiedziane były jako międzynarodowe, huczne, urozmaicone spotkaniami z wybitnymi osobistościami awangardowych scen. Planowaliśmy pobyt dziesięciodniowy, lecz skróciliśmy go do tygodnia. Nie z racji braku atrakcji. Tych było pod dostatkiem: a to Jurek Kalina odkurzył po pięciu latach swą słynną „Szmatnię”, to Franek Starowieyski popisywał się w „Teatrze Rysowania”, to Ryszard Winiarski urządził nocny performance, zapalając setki świeczek w hołdzie niedawno zmarłemu Henrykowi Stażewskiemu. Otóż powodem przedwczesnego powrotu do Warszawy stał się hotel Katowice. Męża i mnie zakwaterowano w dwóch jedynkach z oknami od frontu, co oznaczało permanentne koncerty muzyki konkretnej w postaci zgrzytów i rzężenia kursujących niemal całą noc tramwajów. O spaniu przy otwartych oknach nie było mowy, a noce były gorące. Ulokowanie nas w dwóch osobnych, acz przylegających do siebie pokojach też komplikowało pewne sprawy. Nie daj boże zapomnieć o kluczu – drzwi zatrzaskiwały się automatycznie i trzeba było prosić o interwencję w recepcji. Więc wróciliśmy do Warszawy, zadowoleni, że odpoczniemy przez następnym planowanym wyjazdem, tym razem na wczasy pod gruszą w miejscowości o nic nie mówiącej nazwie – Dąbrówno. Po katowickich knajpach najbardziej smakowały nam dania jarskie. A urodzaj był tego roku. Wygrzane w słońcu, dorodne warzywa kusiły wyglądem i niskimi cenami. Hotelowa separacja wzmogła naszą wzajemną czułość, co przełożyło się na wspólne posiłki, które starałam się ubogacić witaminami. W jeden z gorących dni podałam fasolkę szparagową w wersji wychłodzonej, sałatkowej. Do tego sadzone z młodymi ziemniakami (na ciepło). Ze strączkami postąpiłam następująco: ugotowałam w lekko posolonej i osłodzonej wodzie; odsączyłam, wystudziłam. Na grubej tarce utarłam trochę sera tylżyckiego; posiekałam sporo kopru. Wymieszałam wszystko, polałam sosem prawie francuskim (oliwa, zmiażdżony ząbek czosnku, zioła prowansalskie, sól, pieprz, sok z cytryny). Do sosu dodałam soku z surowych, świeżych wiśni, przez co nabrał cudnej rubinowej barwy. Kompozycję dopełniły skrawki białego sera (nie fety, zwykłego twarożkowego!). Uroda sałatki wywołała w mężu jakąś dziwną tęsknotę. Spojrzał mi głęboko w oczy i zapytał: „chcesz…?” Kiwnęłam twierdząco głową. Wówczas sięgnął po butelkę, tę od Maksymiuka. Ale nie od razu dane nam było zaspokoić zmysły. Poszedł w ruch korkociąg – lecz korek nie dawał się wyciągnąć. Nożyczki też nie pomogły. Dopiero śrubokręt pokonał oporną bestię. I wtedy nad stołem rozszedł się aromat Hiszpanii.    

reklama