Psychologia Styl Życia Seks Parenting Moda i uroda Zdrowie Przepisy Kultura Rozwój

Małkowska i schab


Boicie się, nie lubicie trzynastek? Kuchenne zapiski sprzed ćwierćwiecza cofnęły mnie do czasów, kiedy ja także nie przepadałam za mariażem jedynki z trójką. Teraz przeciwnie. Było tak: po trzynastu latach małżeńskiego nieszczęścia zdecydowałam się: poszłam do adwokata 13 października, miałam rozprawę 26 lutego o godzinie 13; wyrok unieważniający związek zapadł 13 kwietnia. I odtąd wszystko, co działo się trzynastego, obracało się mi na dobre. Grunt to uwierzyć. Swoją drogą, to też irracjonalne…

Przesądy artystów (Przepis na pieczony schab) Ludzie – nawet z pozoru przytomni – miewają różne przesądy. Większość znanych mi artystów zapiera się, że nie, że żadnych zabobonów. Tymczasem przy wnikliwszym przypatrzeniu się ich działaniom wychodzi szydło z worka: na rozmaite sposoby usiłują zaczarować wenę, powodzenie, sukces. Odprawiają prywatne czary i świoęcie wierzą w ich skuteczność. Maciej Wojtyszko nie obcina przed premierą włosów („bo aktorzy nie pozwalają”, tłumaczy). Wojciech Krukowski, twórca Akademii Ruchu, przed przystąpieniem do pracy zdejmował buty i skarpetki. W trakcie zajęć pozbywał się kolejnych części garderoby. W końcu, już całkiem goły, dla pobudzenia kreastywności brał zimny prysznic. Ola Jachtoma, abstrakcjonistka, polega na wyliczeniach radiestetki, która ustala dni sprzyjające malowaniu i wredne temu zajęciu. Taż sama Jachtoma wierzy, że dwie zakonnice przynoszą szczęście, jedna zaś – pecha. Przed każdym wyjazdem siada, chwyta się za but i odlicza do sześćdziesięciu. Erna Rosenstein, malarka i poetka surrealistyczna, gdy zobaczyła księżyc w nowiu z prawej strony była pewna przypływu gotówki; gdy stłukła szkło – wierzyła w fart, lecz gdy zbiła  porcelanę, już z góry zamartwiała się odejściem kogoś bliskiego. Henryk Tomaszewski, geniusz plakatu, zanim przystąpił do projektowania, zdejmował buty, wypijał morze herbaty, słuchał muzyki klasycznej, czytał i na wszelkie sposoby usiłował zapomnieć, po co brał do ręki ołówek. W końcu zabierał się za robotę w niedzielę – byle nie zaczynać od poniedziałku, bo jaki poniedziałek, taki cały tydzień… Iza Chełkowska, scenografka, zaczynała myśleć o projekcie dopiero wtedy, gdy założyła jedną z pięciu magicznych czapeczek – a każdą przywiozła z innej części świata. Podobno Michaił Bułhakow miał identyczny zwyczaj, o czym poinformował Izę Szymon Bojko, kolekcjoner ludzkich dziwactw, sam też oryginał nie lada. Co do mnie, nigdy nie miałam nic przeciwko trzynastkom, jednak unikam podejmowania ważnych decyzji w dni trzynastkowe. Trochę niepokoiłam się zawarciem ślubu 23 maja, jednak zaryzykowałam. I wtedy dowiedziałam się, że cały maj jest pechowy dla związków! Ciąg niekorzystnych okoliczności, kładących się w poprzek drogi do rodzinnego (legalnego) szczęścia zdawał się potwierdzać tę teorię. Ale stało się i oto fetujemy pierwszą rocznicę. Też niefortunnie: w poniedziałek, a po weekendzie w lodówce pustki. Wybiegliśmy rano półgłodni, zaopatrzeni w plastikowe torby zwane reklamówkami, choć nie reklamowały żadnych dostępnych nam produktów. Liczyliśmy na łut szczęścia w Śródmieściu. Nie udało się – mieliśmy zbyt wielką konkurencję głodomorów, nieświadomych, że solenizantom, jak ciężarnym i niepełnosprawnym  należy się w kolejkach pierwszeństwo. Odstraszeni ogonkami, pożywiliśmy się skromnie w Barze Wrocławskim, zwanym Kurą. Kura nie truła, lecz także niczym nie zaskakiwała. W stałym repertuarze miała sześć pozycji z drobiu. W rocznicę ślubu postawiliśmy na kurze żołądki. Rangę święta postanowiliśmy podkreślić deserem. Czerwony autobus przewiózł nas za Wisłę i zatrzymał się na wprost wejścia do kombinatu Iglopol. Firma nie ugięła się dotychczas pod żadnym z kolejnych etapów reformy. Klient miewał tu rację, o ile dysponował kartkami i przedpołudniowym czasem. Tego dnia (jednak pech?) Iglopol sprawił zawód. Żadnego sera! Z delikatesów jedynie paczkowane pierniczki, dżemy i konserwowa papryka. Przy stoisku mięsnym – pusto. Pewnie jest tylko mielonka, pomyślałam, ale rzuciłam okiem. I zdębiałam. Na ladzie leżał schab całkiem przy kości. Jeden jedyny egzemplarz, godna ozdoba rocznicy ślubu. Wysupławszy kartki, poświęciliśmy to, co na nich zostało, na kilogramowy kawałek wieprzowiny. Rozemocjonowani zakupem, szarpnęliśmy się jeszcze na butelkę wódki mazowieckiej. Niech będzie po pańsku! Zaraz po przekroczeniu progu mieszkania zakrzątnęłam się wokół zdobyczy. Obiłam schab tłuczkiem, obmyłam, sparzyłam wrzątkiem. Namoczyłam kilkanaście suszonych śliwek. Mięso ponacinane przy kości natarłam solą, pieprzem, majerankiem, bazylią, ziołami prowansalskimi, zmiażdżonym czosnkiem. Obłożyłam plastrami cebuli. Pozostawiłam w chłodzie na dwie godziny, po czym opiekłam mięso na maśle. Skropiłam sosem sojowym, dorzuciłam pokruszony listek laurowy i wymoczone śliwki, podlałam kieliszkiem wódki. W żaroodpornej  formie wstawiłam do piekarnika. Piekłam półtorej godziny, co jakiś czas podlewając wodą spod śliwek. Gdy schab był gotowy do konsumpcji, przypomnieliśmy sobie, że to nasza rocznica. Jak na majowe święto – udana.


Zobacz także

POLECANE KSIĄŻKI