Psychologia Styl Życia Seks Parenting Moda i uroda Zdrowie Przepisy Kultura Rozwój Księgarnia Sklep Cyfrowy

Małkowska i smażony pstrąg


Spojrzałam na kolejny tekst z „Życia na przekąskę” i zrobiło mi się okropnie smutno. Jeden z bohaterów historii, którą poniżej przytoczę, zmarł pół roku temu. A imponował mi jak mało kto klasą, talentem, hartem ducha. Właściwie, podziwiałam ich obydwoje – Emilię zwaną Małgorzatą i Andrzeja Dłużniewskich. Jeszcze przed studiami na ASP widywałam ich na Krakowskim Przedmieściu i wydawali mi się najpiękniejszą parą w mieście. Ona wysoka, postawna blondynka; on ciemny, kędzierzawy, smukły; obydwoje ubrani wedle nakazów mody, lecz potraktowanej w indywidualny sposób. Potem, kiedy już dowiedziałam się, kto zacz, podziwiałam ich twórczość, intelekt oraz odwagę prowadzenia prywatnej konceptualnej galerii, na przekór socjalistycznej rzeczywistości. To nie wszystko – kilkanaście lat temu Andrzej, wracając z jakiegoś wykładu w Niemczech, przeżył koszmarny wypadek samochodowy. Zderzenie czołowe, w wyniku którego stracił wzrok. Mimo to nie zarzucił pracy twórczej, nie zaprzestał wykładów na Akademii Sztuk Pięknych! Realizował pomysły – które widział w wyobraźni – rękoma Małgosi i syna Kajetana. I teraz będzie o tych właśnie ludziach. Posłuchajcie.

Ryby biorą (Przepis na smażonego pstrąga) Kajetan, synek Dłużniewskich, zachorował. Co gorsza, niektórzy uważali ten przypadek za nieuleczalny. Nie dość nieszczęścia: młody zaraził rodziców. Przekonaliśmy się o tym latem 1988 roku, w pewną słoneczną niedzielę, kiedy odwiedzili nas z prawie profesjonalnym sprzętem wędkarskim w dłoniach. Żeby sprawdzić jakość tego świeżo nabytego ekwipunku przeprawili się na drugą stronę Wisły – a dotychczas żadna siła nie była w stanie wyciągnąć ich ze Starówki, gdzie mieszkali. Liczyli na branie w bajorku nieopodal Trasy Ł, tuż przy słynnym osiedlu Hansena. Wiedziałam, że lokalna glinianka oferuje to i owo amatorom wędkowania – nie raz obserwowałam zastygłych w bezruchu panów w każdym wieku, od przedszkolnego po późnoemerytalny. Obserwowałam ich, oddając się innemu nałogowi: łowiłam promienie słońca, gromadząc zapas energii na cały rok. No i nabywając kolor skóry jak z Seszeli, tyle, że darmo i po sąsiedzku. Tego roku również gorliwie relaksowałam się na zielonej trawce porastającej brzegi wspomnianego jeziorka. Wróciliśmy właśnie z jakże niefortunnie wybranych wczasów pod gruszą. Skróciliśmy turnus o dobrych klika dni z wielu powodów. Wyobraźcie to sobie: kogut-lider drobiowego zespołu zaczynał pianie około trzeciej nad ranem; po kwadransie dołączał drugi, przechodzący kogucią mutację. Potem do chóru włączały się krowy, kaczki i podwórkowy burek. W sumie, hałas jak na Marszałkowskiej. Do tego wyobraźcie sobie sienniki pofałdowane jak jura Krakowsko-Częstochowska, rozwalające się meble (ewidentnie gospodarze urządzili pokoje gościnne tym, co znaleźli na śmietniku), łazienkę bez ciepłej wody (wspólną dla kilkunastoosobowej gromadki wczasowiczów, jak my wpuszczonych w kanał „gruszy”), co wieczorną inwazję much, wpadających przez otwarte okna i niejadalne żarcie w pobliskiej gospodzie. Woleliśmy męczyć się na swoim, w stolicy. Zresztą tego lata wiele osób spędzało urlopy w Warszawie. Coś ich zatrzymywało w mieście. Niby żadnych konkretnych sygnałów nikt nie wyłapywał, ale aura była przedburzowa. W efekcie, życie towarzyskie kwitło jak chłodniejszych sezonach. Oczekiwanie na coś, co się na pewno wydarzy, a także wysokie temperatury sprawiały, że rodacy bez żadnych wyrzutów sumienia pracowali jak najmniej wydajnie. Wydawało się – oszczędzali siły na to coś, co miało nadejść. Małgosia, Andrzej i Kajtek pojawili się u nas o zmierzchu głodni, wyczerpani wędkarskimi emocjami, lecz… bez trofeów. Mąż też lubił ryby, jednak nie ryzykował samodzielnego ich zdobywania. Ja również byłam na tak, i także nie czułam w sobie wędkarskiej żyłki. Przestań wreszcie kupować łopatkę wieprzową – zasugerowałam mu któregoś dnia. Był odpowiedzialny za mięsne zaopatrzenie, jako że na widok mężczyzny przy ladzie ekspedientkom miękły serca. – Kup cokolwiek innego, choćby rybę. Są zdrowe, tanie, zawsze dostępne nawet bez kartek. Mąż posłusznie zmienił „mięśniaki” na „rybniaki”. Były oblegane tylko wtedy, gdy rzucano filety z mintaja, wędzone makrele lub jugosłowiańskie sardynki. W pozostałe dni nawet nie było kolejek. Nie dlatego, że „rybniaki” świeciły pustkami, o nie! Po prostu ceny towaru przekraczały możliwości okolicznej ludności. Tak więc na ladzie wylegiwały się, nie budząc niczyjego zainteresowania, wędzone łososie i węgorze; na półkach nudziły się puszki z kawiorem i tuńczykiem. Co ciekawe – świeże pstrągi również nie miały brania, choć cenowo plasowały się poniżej filetowanego dorsza! W piątek mąż przyniósł dwie spore sztuki z gatunku uwiecznionego przez Schuberta. Te pstrągi były dobrze odżywione, świeże i wypatroszone. Polubiłam je od razu – w przeciwieństwie do katalogowego tekstu, który miałam skończyć na poniedziałek. Tymczasem głowę miałam wypatroszoną z myśli. Zbierałam je z trudem, porozumiewając się z mężem monosylabami. On także pisał i odpowiadał mi bez słów. Po południu zasygnalizował, że jest głodny: podszedł do lodówki, wyjął masło i posmarował dwie kromki chleba. Skrajna asceza. Wzruszyłam się. –  Poczekaj, usmażę pstrągi – zaproponowałam. Poczekał. Opłukałam ryby, wysuszyłam ściereczką. Skropiłam obficie cytryną, natarłam solą i czubricą. Zeszkliłam na gorącej patelni dwie drobno posiekane cebule. Na to poszły pstrągi. Przyrumieniłam je obustronnie i zalałam śmietanką (pól pojemnika) wymieszaną z rozbełtanym jajkiem , sokiem z cytryny, bazylią i sproszkowanym imbirem. Przykręciłam ogień i dusiłam potrawę około dwadzieścia minut. Pod koniec obłożyłam ryby plasterkami cytryny, a na wydaniu posypałam posiekanym koperkiem. Potrawie towarzyszyły młode ziemniaki i sałatka ze świeżych ogórków z skropionych oliwą, posolonych, popieprzonych. Ale kiedy przyszli Dłużniewscy, po pstrągach zostało tylko wspomnienie. Co zamiast? Nie zgadniecie – łopatka wieprzowa! Kupiona „na wszelki wypadek”, przeobrażona w pieczeń. Jedliśmy ją na zimno, bo w mieszkaniu było gorąco. Siedzieliśmy na podłodze, na kocu i poduchach. Za szeroko otwartymi balkonowymi drzwiami gęstniał mrok i intensywniał zapach wyjątkowo wybujałego okolicznego zielska. W naszym M-3 powietrze stało, jak łyżka w generalskiej grochówce. Ściany zdawały się pulsować wraz z oddechami, przyspieszonymi podniecającymi tematami. Rzecz szla o grubych rybach na politycznej scenie, grubych rybach w TVP, grubych pomyłkach w sztuce i grubych kwotach, jakie trzeba zarobić, żeby jako-tako wyżyć. – Gruba przesada, ryby są tanie – wtrącił mąż. – Tylko dlaczego nie biorą? Może wezmą na robaki? – rozważali Andrzej z Kajtkiem. Małgosia wątpiła, że wezmą na cokolwiek. Chwaliła smak wieprzowiny. Rzecz jasna, tej na kartki.    


Zobacz także

POLECANE KSIĄŻKI