Małkowska i snobizmy

Wczoraj wróciłam z Berlina. Jeżdżę tam od kilkunastu lat co najmniej dwa razy do roku w celach – co tu ukrywać – konsumpcyjnych. Pasę się kulturą, cudownymi wystawami, świetnymi knajpami i tym, co w nich serwują. Do tego robię zakupy ciuchowe w kilku ulubionych butikach (Tandem, włosko-niemiecka marka wyrafinowano-elegancko-awangardowa; Arche – francuskie buty na silikonowych podeszwach w obłędnych kolorach; Marc Cain – już obecny w Polsce; Falke – rajstopy, legginsy, skarpetki za godziwą cenę, a znakomitej jakości). Tym razem był to jeden z najwspanialszych pobytów. Do takiej pogody tęskni się cały rok – dwadzieścia z hakiem stopni, blue sky, wietrzyk, wieczorem nieco chłodniej, ale i za dnia jest czym oddychać.
Co Berlin je w pierwszych dniach lipca? Kurki! W tym roku obrodziły. Podają we wszystkich knajpach, zwłaszcza z menu włoskim i fusion. Nie duszą ich do upadłego, serwują półsurowe, prawie nie tknięte termiczną obróbką. Dodają do kluch wszelkiego rodzaju, mięs i ryb. Mnie się podobała super prosta wersja z rukolą i pomidorkami cocktailowymi z grilla; do tego gęste acceto i oliwa; na to parmezan. Proste, a genialne.
Jak zwykle, zerkam na to, co w analogicznym czasie zapisałam ćwierć wieku temu. I znowu mi się zgadza. Posłuchajcie:
|Wczoraj wróciłam z Berlina. Jeżdżę tam od kilkunastu lat co najmniej dwa razy do roku w celach – co tu ukrywać – konsumpcyjnych. Pasę się kulturą, cudownymi wystawami, świetnymi knajpami i tym, co w nich serwują. Do tego robię zakupy ciuchowe w kilku ulubionych butikach (Tandem, włosko-niemiecka marka wyrafinowano-elegancko-awangardowa; Arche – francuskie buty na silikonowych podeszwach w obłędnych kolorach; Marc Cain – już obecny w Polsce; Falke – rajstopy, legginsy, skarpetki za godziwą cenę, a znakomitej jakości). Tym razem był to jeden z najwspanialszych pobytów. Do takiej pogody tęskni się cały rok – dwadzieścia z hakiem stopni, blue sky, wietrzyk, wieczorem nieco chłodniej, ale i za dnia jest czym oddychać.
Co Berlin je w pierwszych dniach lipca? Kurki! W tym roku obrodziły. Podają we wszystkich knajpach, zwłaszcza z menu włoskim i fusion. Nie duszą ich do upadłego, serwują półsurowe, prawie nie tknięte termiczną obróbką. Dodają do kluch wszelkiego rodzaju, mięs i ryb. Mnie się podobała super prosta wersja z rukolą i pomidorkami cocktailowymi z grilla; do tego gęste acceto i oliwa; na to parmezan. Proste, a genialne.
Jak zwykle, zerkam na to, co w analogicznym czasie zapisałam ćwierć wieku temu. I znowu mi się zgadza. Posłuchajcie:

Ja, snobka (Przepis na sałatkę jogurtową i kotlety wieprzowe z kapustą na kwaśno) Współczesny snob jest konformistą. Tak dalece, ze wydaje się, iż nikt nie jest snobem . Albo jeszcze pokrętniej – wszyscy są. Takie rozważania snuł redaktor „Elle” latem ’88. I rozważał: czy najdroższe, podziurawione Levisy 501, do nich tenisówki założone na jedwabne skarpetki, notes w oprawie z krokodylowej skóry firmy Hermes – to przejawy dzisiejszego snobizmu, czy tylko wybory podyktowane praktycyzmem? „Elle” wskazywała na modne snobizmy nie tylko dotyczące ubrania. Wśród nich znalazł się trend na homoseksualizm (przejawem tegoż miało być rozczytywanie się w Prouście, najlepiej w wersji angielskiej); snobizm na debilizm – oglądać kretyńskie filmy komentując najgłupsze sceny w stylu  inteligentnych inaczej; snobizm na pretensjonalność – w sytuacjach towarzyskich nie nazywać przyjaciela Jasiem, lecz panem Kowalskim; zachwyt dietami amerykańskimi – czyli jak schudnąć jedząc kluski z sosem pomidorowym. Ale szczytem snobistycznych manier było – uwaga, uwaga!! – zjedzenie obiadu z komunistą. Przecież tak niewielu ich zostało! Życzliwy los pozwolił mi znaleźć się w gronie super-snobów całkiem darmo i przypadkiem.  Na Marszałkowskiej spotkałam Dalianę, członka PZPR. Imię miała nadane przez ekstrawagancką matkę, choć sama była jej przeciwieństwem. Nade wszystko kochała psy i pewnego fotografa. Nasze zderzenie z Dalianą nastąpiło w pobliżu Ściany Wschodniej, nieopodal jej miejsca zamieszkania. Zaprosiła mnie z marszu. Skorzystałam. Pora była wczesnopopołudniowa, Daliana kusiła odświeżającym poczęstunkiem, nigdzie mi się nie spieszyło. Kuchnia w kawalerce Daliany należała do polskich antyergonomicznych wynalazków pierwszej połowy lat 70. Sprowadzała się do wnęki odchodzącej z przedpokoju, w którym ledwo mieścił się pies Daliany. W kuchennej dziurze mieściła się dwupalnikowa maszynka gazowa, zlew jak w klopie i lodówka, którą można by zabrać na piknik. Czy można się dziwić, ze w tych warunkach gotowanie nie należało do hobby właścicielki? Mimo to Daliana spełniła obietnicę – podała smaczną i odświeżającą sałatkę jogurtową. Oto składniki: grubo pokrojony pomidor i ogórek, paski czerwonej i żółtej papryki, posiekany koperek i natka pietruszki, talarki rzodkiewek i utarta na grubej tarce surowa cukinia. Do tego, jeśli wola, dochodził utarty żółty ser (nie miałam woli) oraz jako spoiwo jogurt naturalny. Do smaku – sól, pieprz, zioła prowansalskie, tymianek, chilli, bazylia, oregano. Przed konsumpcją sałatka wylądowała na kwadrans w lodówce. Nieco schłodzona, znalazła towarzystwo w postaci ciemnego pieczywa. Daliana też wyglądała jak dobrze wypieczona bułka. Wróciła właśnie z letniska i nie przyjmowała do wiadomości, że en vogue jest skóra ledwo muśnięta słońcem. Nie zgodziła się też zamienić cudem odratowanej, ukochanej suki rasy brodacz monachijski na modnego i wielokrotnie droższego himalajskiego zwierza rasy sharpei (piękna paskuda, której w efekcie pofałdowania przód myli się wizualnie z tyłem). Daliana nie zaakceptowała także zamiany sposobu odreagowywania stresów – upierała się, że bywanie w SPATiF-ie jest zabawniejsze, niż w operze. Tym bardziej, że u nas nie występował ani Pavarotti, ani June Anderson. Co gorsza, Daliana ponad Verdiego przedkładała  utwory Dire Strait, co absolutnie wykluczało ją z grona eleganckich snobów. Ze spotkania z nią wyniosłam przepis na jogórtówkę. Tak mi się spodobała, że praktykowałam sałatkę co dzień – aż do czasu, kiedy mąż poprosił o zmianę repertuaru. Wyobraźcie sobie, pomimo 30-stopniowego upału zaczął domagać się mięsa! Prośbę wzmocnił surowcem zakupionym na niewykorzystane dotychczas sierpniowe kartki mięsne. A mnie nie było do jedzeniowych popisów Jak większość współobywateli zapadłam w grzęzawisko pesymizmu: w Polsce znów rozpętała się nawałnica strajków, znamionujących niezadowolenie obywateli z decyzji rządu. Dostosowując się do ogólnonarodowej aury, na niedzielny obiad podałam najpopularniejsze polskie danie – schabowego z kapustą. Młodą, na kwaśno – bo też kwaśno było nam w duszach. Mięso (bez kości) pokroiłam w w plastry, oczyściłam, zbiłam tłuczkiem. Każdą plaster skropiłam cytryną i odstawiłam na godzinę. Potem posoliłam kotlety, posypałam kminkiem i mąką, następnie usmażyłam na maśle. Jarzyna była młoda i ślicznie zielona. Poszatkowałam ją, posoliłam i odstawiłam na godzinę, żeby puściła sok. Wtedy ją odcisnęłam, zalałam świeżą wodą i dodałam dwa pokrojone w drobne cząstki kwaśne jabłka. Gotowałam z tym dodatkiem około pół godziny, aż zmiękła. Wtedy doprawiłam ją przesmażoną na maśle, posiekaną cebulą i dwoma pokrojonymi w plastry, obranymi ze skórki pomidorami. Z tymi dodatkami kapunia dusiła się jeszcze około kwadransa. Pod koniec dodałam szczyptę cukru, soli i pieprzu. Myślę, że wymuszona trudnymi warunkami współczesna kuchnia polska rychło znajdzie się na liście awangardowych zachodnich snobizmów. A kartki na mięso staną się pożądanym obiektem kolekcjonerskim, znacznie droższym niż znaczki!   PS. Jak czas pokazał – nie myliłam się zbytnio.

reklama