Psychologia Styl Życia Seks Parenting Moda i uroda Zdrowie Przepisy Kultura Rozwój Księgarnia Sklep Cyfrowy

Małkowska i ziemniaki w folii


Wczoraj wróciliśmy z greckiej wyspy Kos, naszej ulubionej z powodu szerokich jak w Sopocie plaż, ale znacznie cieplejszej wody i nieba w kolorze lazur. Długa kolejka do odprawy na lotnisku sprzyjała nawiązywaniu niezobowiązujących międzyludzkich kontaktów. Ku memu zdumieniu, rodacy (młodzi, na oko bywali w świecie) zbiorowo narzekali na jedzenie – że owoce morza, że warzywa, że… brak szynki. Takiej prawdziwej, polskiej. A sądziłam, że tęskne zawodzenie za kiełbasą należy do przeszłości. Wiele lat temu usłyszałam takowe podczas powakacyjnego lotu z Tunezji w kierunku ojczyźnianego łona. Wtedy też hotelowa kuchnia była w moim odczuciu doskonała, do tego oryginalna i bogata. Jednak brak tłustych wędlin źle robił podniebieniom i żołądkom obywateli przywykłych do tych specjałów. Dziś – żeby była jasność, piszę to w czerwcu 2013 roku – sięgnęłam po kolejną porcję kulinarnych wspomnień, tych z roku 1988. Wtedy gnębiły nas sklepowe niedostatki, kartki na mięso oraz inne produkty, na których socjalistyczni geniusze gospodarki robili oszczędności. Ciekawe, co powiedzieliby wspomnieni powyżej kiełbasiani fani, gdyby jakaś zła wróżka cofnęła ich do tamtych czasów i warunków? Zapewne utyskiwaliby z racji skandalicznego braku frutti di mare, oliwek, bakłażanów i papryki z grilla, jogurtów gęstych jak krem, i wszelkiego innego jadalnego dobra, do którego teraz mamy nieskrępowany dostęp. To tak dla otrzeźwienia – rzut ziemniaczanym wspomnieniem.

Fachowiec (Przepis na ziemniaki z folii w sosie rokpolowym) Mąż znowu wystawił mnie na wartę, zbiegając do miasta w rzekomo pilnych sprawach. Musiałam czuwać przy fachowcu od instalowania żaluzji. On robił swoje, ja zajęłam się projektowanie okładki. Kiedy gość zobaczył, jak z lettrasetu komponuję napis, cmoknął z podziwu. Uznał mój zawód za wspaniały, nowoczesny i zapewne dochodowy. Gaworzyliśmy o tym, kiedy jego wzrok padł na gwasz Jana Tarasina, wyeksponowany na najdłuższej ścianie największego pokoju, służącym za salon, sypialnię i pracownię jednocześnie. Żaluzjonista chwilę gapił się na czarne formy, wyglądające jak szczątki mojego lettrasetu, rozrzucone chaotycznie po białym polu i z niezrozumiałych powodów otoczone szarymi aureolami. Informacje, że ma przed sobą pracę wybitnego artysty, do tego rektora ASP, nie wywarła na nim najmniejszego wrażenia. Wygłosił stereotypowy komentarz: „Mój czteroletni synek potrafi ładniej malować!” Po czym z lekceważącym prychnięciem wymienił cenę, którą miałam uiścić za jego dzieło, po czym poszedł do kolejnego klienta odwalać fuchę. Właściwie, nie mogłam się skarżyć – żaluzje działały bezbłędnie, jeśli nie brać pod uwagę okropnego hurgotu. Innowacja w oknach pozwoliła mi wizualnie i mentalnie odgrodzić się od świata, co sprzyjało skupieniu. Przydało się, bo po południu oczekiwałam na Magdę Jethon, dziennikarkę radiowej Trójki. Chciała nagrać moje opinie na temat plastycznych wydarzeń stolicy. Zaczęłam od fachowca, a ściśle – od jego pogardy dla sztuki Tarasina ustępującego zdolnościami przedszkolakowi. Dla niego z pewnością jedynym wartościowym obrazem jest jeleń na rykowisku o zachodzie słońca… Dla zilustrowania słów rzeczywistością podniosłam żaluzje – zadziałały sprawnie – i oczom Magdy ukazał się czerwony krąg znikającego za blokami słońca. Na tle tego sielskiego krajobrazu lokalna ludność płci męskiej opróżniała z partytury flaszkę; w roli jelenia wystąpił kundel sąsiada. Magda J. Uznała nagranie za satysfakcjonujące i wyłączyła magnetofon, co oznaczało, że można otworzyć okno i zaczerpnąć świeżego powietrza. W tej miłej okoliczności przyrody zaproponowałam przekąskę, szybkie i sprawdzone danie: ziemniaki w sosie rokpolowym. Kilka kartofli oczyściłam szczotką pod wodą, osuszyłam, zawinęłam w kawałki aluminiowej folii, ułożyłam na blasze, wsadziłam do piekarnika, dałam średni ogień, zostawiłam na pół godziny. W tym czasie rozgniotłam około ćwierćkilogramowy kawałek pleśniowego sera z białym, tłustym. Dodałam dwa zmiażdżone ząbki czosnku i pół pęczka posiekanej pietruszki. Wymieszaną na gładko masę wstawiłam do lodówki. Upieczone ziemniaki ułożyłam na drewnianej tacce; obok biało-zielony sos; akcent czerwieni w postaci ćwiartek pomidorów. Mąż wrócił w momencie rozbierania pyrków z foliowych zbroi. Miał chłop tajming, załapał się na gorący posiłek, a do tego ominął go żaluzjonista oraz towarzyszące jego akcji konwersacje. Dalsza  rozmowa naszej trójki (domowej, nie radiowej) skręciła ku tematom lekkim, miłym i przyjemnym. Kartofle zrobiły atmosferę. PS. (dopisane w czerwcu 2013). Tym, którzy wychowali się w realiach RP wyjaśniam: rokpol to czołowy wytwór zakładów mleczarskich, jeden z niewielu jadalnych – ser pleśniowy imitujący francuski roquefort (stąd podchwytliwa nazwa); lettraset – kalkomania (zagraniczna, trudna do zdobycia) z liter (czcionek) o różnym kroju, w późnosocjalistycznej Polsce służąca do wyklejania napisów na projektach okładek książek czy innych druków. Piekielnie trudne w obsłudze, nie polecam nawet miłośnikom vinage’u.


Zobacz także

POLECANE KSIĄŻKI