Psychologia Styl Życia Seks Parenting Moda i uroda Zdrowie Przepisy Kultura Rozwój Księgarnia Sklep Cyfrowy

Małkowska: kalafior, kartofle, pory…


Broniłam się, broniłam, aż… złożyłam broń. Tak, jestem na facebooku. Uległam molestowaniu przyjaciół. Od ponad dwóch tygodni prowadzę ożywioną korespondencję i badam – na ile potrzebny w Polsce sensowny blog/vlog o kulturze? Już wiem – jest konieczny! Zgłaszają się zainteresowani, poganiają mnie, zachęcają. Na razie kieruję ich na kulinarny blog Zwierciadła – bo tam podaję dania z historii. Mojej osobistej, ale też historyczne dla wielu znajomych, przyjaciół, rodziny. A wszystko to na tle tego, co działo się w kraju. Chyba każdy wie – szykował się przewrót. Czy widać go było na talerzach?

Szkoła połączeń (Przepis na kalafiora z szynką, kartofle „po bałkańsku” i sos z porów)   – Najważniejsze, to nie zapomnieć o białych spodniach i okularach przeciwsłonecznych – mamrotał mąż, grzebiąc w papierach, które usiłował uporządkować przed wyjazdem. Wybierał się do Tbilisi. W dniu wyjazdu pan miał taki: napisać artykuł, przejrzeć notatki o najnowszych pracach Jana Berdyszaka, posegregować prezenty dla znajomych w Moskwie, przeczytać informator turystyczny o Gruzji, spakować walizkę. Ufff! Żeby temu podołać, mąż solidnie się wyspał. Byle tylko nie zapomnieć o białych spodniach… mruczał jak mantrę, z wyraźną udręką biorąc się za pakowanie klamotów. Nie plątałam mu się pod nogami. Poszłam pisać swoje. „Dawniej wszystko było jasne. Chciałaś być elegancka, nie mieszałaś deseni na spódnicy i bluzce. Chciałaś być szykowna, dobierałaś wszystkie dodatki w zbliżonym odcieniu. Chciałaś być damą, pilnowałaś, żeby spodni ciuch nie wystawał spod wierzchniego…” – Czy ta koszula pasuje do portek? – mąż podsunął mi pod nos swoje szmaty: koszulę w szare prążki i spodnie w biało-czarną jodełkę. – Da radę, orzekłam. I kontynuowałam tekst. „Od paru lat słuchać głosy nawołujące do mody na luzie. Ale ostatnio wielcy krawcy nie tylko odwrócili się od klasycznej elegancji. To mało powiedziane – oni starają się przypodobać  Murzynom z najodleglejszych zakątków Czarnego Lądu. Łączą stylistyki, materie, kolory i wzory w jarmarczną dowolność zderzoną z egzotyką. Panie mdleją, panowie chichoczą. A taki Jean-Paul Gaultier zaciera ręce i nabija kabzę. Czyli – coś w tym musi być. Co? Otóż nowa koncepcja stroju wywodzi się z malarstwa i rzeźby; ze sztuki  „dzikiej” lub postmodernistycznej. Każdy centymetr ma znaczyć tyle samo, co całość. A całość ma pozostawiać wrażenie nieuładzenia. Ubiór tworzy się obecnie jak obraz. To znaczy, że musi zawierać (ubiór i obraz) element zaskoczenia; coś co intryguje, nie daje się od razu wyjaśnić i zrozumieć: emocje. Paradoksalnie, my, obywatele PRL- u tęskniąc za wolnością, poddaliśmy się bez szemrania reżimowi ubraniowej urawniłowki. Wolimy nosić szmatę o kolorze wygotowanej ścierki, uważając to za szczyt nobliwej elegancji. Tymczasem (zarówno w sensie politycznym, jak estetycznym) burość w niczym nie jest lepsza od żółci czy, za przeproszeniem, czerwieni. Ale niech no która wyjdzie na ulicę odziana w jaskrawą barwę! Żeby najlepiej wyglądała w szafirach, oranżach czy amarantach, spotka ją powszechna anatema. Więc ze strachu przed towarzyską inkwizycją dziewczyny nie ryzykują odcinania się od szarego tła – choć na szarość wszyscy psioczą…” Mąż z lekka posiwiał – i co tu gadać, w szarościach prezentował się całkiem, całkiem. Nie omieszkał więc spakować perłowoszarej koszuli, i jeszcze niebieskoszarej, i następnie szarozielonej. Wreszcie uznał, ze jest gotów i może zjeść obiad. Podałam. Zestawiłam dania kontrastowe w barwach i smakach. Wyłożyłam na wspólnym półmisku i czekałam na reakcję. Pomiędzy dwoma potrawami położyłam malutki samolocik z papieru, symbol środka transportu, którym mąż miał udać się na wschód. Z lewej strony samolotu leżał kalafior. Najpierw został ugotowany na półtwardo, potem przełożyłam go do garnka z jogurtem wymieszanym z kefirem (po jednym pojemniku) i w tej zaprawie dogotowałam. Miękką jarzynę polałam sosem ze śmietanki wymieszanej z łyżeczką mąki, dwoma żółtkami i przyprawami: bazylią i oregano. Wierzch kalafiora posypałam żółtym utartym serem i makaronikami szynki. Wstawiłam do piekarnika, zapiekłam. Przeciwną stronę półmiska zajmowały ziemniaki. Ugotowałam je w łupinach, po wystudzeniu obrałam, pokroiłam w plastry i podsmażyłam na oliwie, aż uzyskały apetyczny złotobrązowy odcień. Na kartofelki poszedł gęsty zielonkawy sos. W jego skład weszły pokrojone na talarki selery, zielona papryka, posiekana natka pietruszki, pocięte listki mięty, nitki papryki czuszki; sól, pieprz do smaku. Całość podlewałam wodą, aż powstała ładna w kolorze masa, lecz niezbyt gładka, z wyraźną fakturą. Obiad dopełniał świeży ogórek pocięty w słupki i pokrojona w paski czerwona papryka. Przy deserze – kawa z kupnym sernikiem – mąż doszedł do wniosku, że nie da się połączyć pisania artykułu o Berdyszaku z nauką języka gruzińskiego (miał takie ambicje). Z podziałem prezentów też dał sobie spokój, słusznie zakładając, że największą frajdę sprawi polska wódka zakupiona na lotnisku. Mnie za to udało się połączyć zmywanie garów z przypominaniem, żeby mąż zabrał jednak te białe spodnie i okulary przeciwsłoneczne. Jak się okazało – zbędna troska. Okulary, towar łakomy za wschodnią granicą, zniknęły w niewyjaśnionych okolicznościach już następnego dnia. Białe spodnie uratowały się z przyczyn oczywistych: mąż miał je na tyłku.  


Zobacz także

POLECANE KSIĄŻKI