Psychologia Styl Życia Seks Parenting Moda i uroda Zdrowie Przepisy Kultura Rozwój

Małkowska: kurczak w adobo para parillas


Kurczaki to dziś jedno z najtańszych mięs – bo od ptaków szprycowanych sztucznościami, do tego zniewolonych i nieszczęśliwych. Kiedyś młody drób z prywatnego chowu, kupowany od bab lub na bazarze, kosztował słono, a smakował słodko – z delikatności. Nic dziwnego, że pieczone kurczaki serwowano z sałatą polewaną pocukrzoną śmietaną: słodkości ze sobą współgrały. Moja mieszkająca pod Warszawą przedsiębiorcza ciotka postawiła wtedy na nowoczesność – wybudowała w ogrodzie kurzą fermę. A raczej fermkę, fermijkę, na skalę mikro. W boksach siedziały dobrze odżywione leghorny, gdakały, srały, składały jaja, a potem siebie ludzkości w ofierze. Wizyta u krewnej łączyła się z nieodzownym nadziewanym kurczakiem, sałatą przyprawioną „po polsku” (patrz – jak wyżej) oraz sakramentalną zachętą do konsumpcji: „Jedz, bo kiedy będziesz jadła taką świeżą kurkę, przecież twojej matki nie stać”. I ptak, choć pyszny, stawał w gardle w poprzek. To tak a propos tego, o czym poniżej.

Sugestia istnienia

(Kurczak w adobo para parillas)

Imienin Marii jest w roku wiele, ale mało która z tych dat tkwi mi w głowie. Poza jedną – dniem Marii Gromnicznej, drugi dzień lutego. Wówczas można bez najmniejszego ryzyka odwiedzić dom Dobkowskich. Na pewno Maja świętuje imieniny i na bank, choćby panował najsroższy kryzys, stół będzie obficie zastawiony.

W lutym ’88 do fetowania Gromnicznej dochodziła jeszcze jedna okazja: zbliżająca się w Galerii Studio wystawa Jana D. Na ulicach topniał niesprzątany śnieg, zamieniający ulice w błotne grzęzawiska, przez które brnęliśmy wraz z mężem w kierunku mieszkania Dobkowskich. Przybyliśmy jako ostatni z gości. Nie szkodzi, stół z zakąskami był na bieżąco uzupełniany.

Jan niedawno powrócił z ponad trzymiesięcznej podróży statkiem, zawijający do portów czterech kontynentów. Przywiózł dziesiątki rysunków, wszystkie zapełnione – jak to zwykle u niego – kompozycjami złożonymi z giętkich, gęstych linii. „Z linią można zrobić wszystko: zbudować  przedmioty, postaci, przestrzeń; pokazać powietrze, ziemię wodę. Linia – to nie fikcja. To konstrukcja wszechświata ” – tłumaczył artysta.

Rzeczywiście, nawet pejzaże z wyprawy składały się z cieniutkich, rytmicznie prowadzonych cieniutkich kresek. „Przedmiot jest – i nie ma go zarazem. Istnieje tylko sugestia” – ciągnął autor. Pięknie opowiadał o sztuce, nie mniej pięknie o zamorskich krajach. Słuchając jego relacji wydawało się, że ma w oku kamerę, że żaden detal nie umknął jego uwadze, że wszystko spamiętał. A jednak. Zapomniał o drobiazgu, na którym szczególnie zależało Mai: o wenezuelskiej ziołowej przyprawie, zwanej „adobo para parillas” – czyli mieszanka do mięs.

Jan nawijał, jak w natchnieniu. Maja zachowała powściągliwość, pozwalając mężowi się wygadać.

Tego dnia jej aktywność ograniczała się do zaspakajania potrzeb gości. Właściwie nie wiadomo, skąd u niej smykałka do garów, bo z wykształcenia jest fizykiem, z zawodu – nauczycielką tego przedmiotu, z powołania – pedagogiem, takim co zaszczepia w podopiecznych potrzebę sprawdzenia, „jak działa jamniczek”.

Ja zaś potrzebowałam wyjaśnień, jak działa nadobne adobo. Kilka lat wcześniej mąż przywlókł z Ameryki Południowej z kilogram tego specjału i nie bardzo mieliśmy pomysł, jak przyprawę zużyć. Podzieliliśmy się z Mają, która na to konto nabyła kurczaka. Oraz zaprosiła na kulinarny pokaz. Otóż natarła egzemplarz drobiu od wewnątrz i z zewnątrz adobo. Po godzinie wchłaniania smaku obsmażyła ptaka na smalcu, aż się zyskał apetycznie złocistą barwę. Wówczas został przełożony do żeliwnego naczynia; w nim trafił do piekarnika, nastawionego na maksa. Zaraz potem Maja ogień zmniejszyła, co jakiś czas podlewała pieczeń wodą, na koniec znów podkręciła żar. Wszystko to trwało godzinę. Zjadanie (w towarzystwie sałaty z winegretem) – najwyżej kwadrans.

Jana D. zioło nie kręciło. Kontynuował swój motyw przewodni: „Interesuje mnie przede wszystkim natura. Traktuję siebie jako jej cząstkę. Ale w moim „ja” jest to, co o sobie wiem i czego nie wiem. I dopiero tworząc dowiaduję się czegoś o sobie”.

Są tacy, którzy mają podzielność uwagi i tacy, którzy są w stanie skupić się tylko na jednym. Dobkowski reprezentował drugi przypadek – nie interesował się, jak przygotowuje się danie. Koncentrował się na konsumpcji. Żeby mieć energię na sztukę.


Zobacz także

POLECANE KSIĄŻKI