Psychologia Styl Życia Seks Parenting Moda i uroda Zdrowie Przepisy Kultura Rozwój Księgarnia Sklep Cyfrowy

Małkowska: makaron i pieczarki


Niedawno usiłowałam zrobić sos grzybowy wedle przepisu, nie pomnę z jakiej książki. Wyszły kluchy w burej cieczy. Ohyda. Wylałam do kibla, zanim ktokolwiek zobaczył efekty przepisowej edukacji kulinarnej. Dawno, dawno temu postąpiłam podobnie – kiedy po raz pierwszy stanęłam przy garach, z ambicjami przerastającymi możliwości mniej więcej dziesięciolatki. Przyrządziłam danie ze smażonego serka topionego wymieszanego z surową marchewką. Te dwie materie nie chciały się połączyć. Przypalało się i pachniało tak paskudnie, że wywaliłam bez próby próbowania. Ślady eksperymentu zostały zatarte, lecz zapach nie chciał wywietrzeć. Przyszła babcia, pociągnęła nosem i zawyrokowała: – Będzie zmiana pogody, z rur znów cuchnie…

Teraz znalazłam tekścik o makaronie-rurkach z sosem pieczarkowym. Do tego wspomnienie o Jadwidze Maziarskiej, artystce nieżyjącej od kilku lat. Była niepowtarzalna, w wyglądzie, zachowaniu, a nade wszystko –– dokonaniach. Na nikim się nie wzorowała, konwencje i konwenanse miała za nic. I to w tym PRL-u, ogólnie szarym jak sos pieczarkowy…

 

Antidotum na słodycz

(Przepis na makaron z sosem pieczarkowym)

 

 To co, może jeszcze kieliszeczek? – dziecięco wysoki głosik Jadwigi Maziarskiej zadźwięczał nagle całkiem nie na temat. W odpowiedzi usłyszałam przychylne mruknięcie męża. Potem kryształowy dźwięk, charakterystyczny bulgocik i znów wywiad powrócił na utarte artystyczne koleiny. Słyszałam każde słowo nagrania i wspomniane powyżej dodatkowe efekty chcąc nie chcąc – czyli siłą niewielkiego mieszkania. Dwa pokoje, wedle projektu – jedno pomieszczenie, zostały przedzielone ścianą z dykty. Wiedziałam, ze mąż przesłuchuje kasety, nagrane poprzedniego dnia w Krakowie. Odwiedził tam Jadwigę Maziarską, której wystawę planował na rok przyszły w Galerii Studio.

Mogłam sobie wyobrazić scenę, w której nie uczestniczyłam, lecz słyszałam: na zawalonej poduchami kanapie siedzi starsza dama w grubych okularach, z włosami upiętymi w kok.

Vis à vis garbi się nad stołem mąż. Pomiędzy nimi, na blacie pokrytym ceratą – magnetofon i stare porcelanowe filiżanki z powycieranym deseniem. Pod każdą – ludowa pasiasta serwetka. W samym centrum tej martwej natury – karafka z nalewką domowej roboty. Obok piętrzą się ciastka z cukierni przy Rynku. Wysokie sklepienie pracowni, niegdysiejszego atelier jacka Malczewskiego, odbija każdy dźwięk. Ścian pomieszczenie nie widać, wszędzie wzrok napotyka na obrazy, odwrócone blejtramami do widza. Tylko jeden, postawiony na sztalugach, pokazuje swoją twarz. Ostatnie płótno Jadwigi Maziarskiej, polskiej prekursorki malarstwa materii, zamyka cykl starych prac i jednocześnie otwiera nową serię. Od niego właśnie zaczyna się mężowski wywiad.

 – Można by to powiedzieć jeszcze inaczej: każdy przedmiot, wraz ze swym cieniem, obrazuje swoją podwójność pozostającą z jednej strony w związkach z Bytem o ogólnym charakterze, a z drugiej – ze swą własną zawartością – głosik Maziarskiej wibrował jak podnieconej nastolatki. – I uważam, ze odsłaniając to odkrywamy nie tylko siebie, lecz także porządek całego istnienia.

Tu mąż przerwał przesłuchiwanie nagrania. Jego szare komórki domagały się kawy. Do Krakowa wybrał się wczesnym październikowym rankiem, wrócił tego samego dnia wieczorem. Śniadanie w postaci naleśników z serem na słodko zjadł w krakowskim Barze Mlecznym blisko stacji. Podczas wielogodzinnej wizyty u malarki wypił trzy kawy, dwie herbaty, parę kieliszków nalewki i zjadł pięć kawałków ciasta. Zamiast obiadu wypalił paczkę papierosów.

Może zrobię gorącą kolację? –  zaproponowałam, gdy wrócił i narzekał, ze mu słodko. Czuł się przeżarty, zarazem głodny. Przystał na coś lekkiego i bez cukru. Zgodził się na lekkie kluchy.

Podstawę dania stanowiły grube makaronowe rurki ugotowane al dente. Do tego sos: dwie posiekane drobno cebulki, trzy ząbki czosnku, razem przesmażone na maśle i oliwie do zeszklenia. Na to rzuciłam plasterki pora i kilka dorodnych, pokrojonych grubo pieczarek. Oczywiście sól, pieprz. Na koniec – pół buteleczki śmietanki. Na koniec – posypka z zielonej pietruszki.

 – Jeszcze ci za słodko? – zapytałam, gdy mąż zakończył posiłek.

 – Jeszcze. Te ciastka…  I naleśniki… Chyba zjem drugą porcję, może poprawi mi się smak – rozważał.

Zaproponowałam gorzką herbatę. Ostatnio jakby zaczynał tyć. 


Zobacz także

POLECANE KSIĄŻKI