Małkowska: moda i wołowina

Dziś wydaje mi się to niemożliwe – a przecież się zdarzyło. Otóż przez kilka lat schyłkowego PRL-u współpracowałam z fotografami mody, zajmując się tym, co obecnie nazywa się stylizacją, z pewnymi elementami fryzjerstwa i charakteryzacji. Bez żadnego fachowego przygotowania, kierując się jedynie wyczuciem, intuicją oraz ściąganiem z zachodnich pism, przygotowywałam dziewczyny do sesji fotograficznych. |Dziś wydaje mi się to niemożliwe – a przecież się zdarzyło. Otóż przez kilka lat schyłkowego PRL-u współpracowałam z fotografami mody, zajmując się tym, co obecnie nazywa się stylizacją, z pewnymi elementami fryzjerstwa i charakteryzacji. Bez żadnego fachowego przygotowania, kierując się jedynie wyczuciem, intuicją oraz ściąganiem z zachodnich pism, przygotowywałam dziewczyny do sesji fotograficznych. |Dziś wydaje mi się to niemożliwe – a przecież się zdarzyło. Otóż przez kilka lat schyłkowego PRL-u współpracowałam z fotografami mody, zajmując się tym, co obecnie nazywa się stylizacją, z pewnymi elementami fryzjerstwa i charakteryzacji. Bez żadnego fachowego przygotowania, kierując się jedynie wyczuciem, intuicją oraz ściąganiem z zachodnich pism, przygotowywałam dziewczyny do sesji fotograficznych. |Dziś wydaje mi się to niemożliwe – a przecież się zdarzyło. Otóż przez kilka lat schyłkowego PRL-u współpracowałam z fotografami mody, zajmując się tym, co obecnie nazywa się stylizacją, z pewnymi elementami fryzjerstwa i charakteryzacji. Bez żadnego fachowego przygotowania, kierując się jedynie wyczuciem, intuicją oraz ściąganiem z zachodnich pism, przygotowywałam dziewczyny do sesji fotograficznych. |Dziś wydaje mi się to niemożliwe – a przecież się zdarzyło. Otóż przez kilka lat schyłkowego PRL-u współpracowałam z fotografami mody, zajmując się tym, co obecnie nazywa się stylizacją, z pewnymi elementami fryzjerstwa i charakteryzacji. Bez żadnego fachowego przygotowania, kierując się jedynie wyczuciem, intuicją oraz ściąganiem z zachodnich pism, przygotowywałam dziewczyny do sesji fotograficznych. |Dziś wydaje mi się to niemożliwe – a przecież się zdarzyło. Otóż przez kilka lat schyłkowego PRL-u współpracowałam z fotografami mody, zajmując się tym, co obecnie nazywa się stylizacją, z pewnymi elementami fryzjerstwa i charakteryzacji. Bez żadnego fachowego przygotowania, kierując się jedynie wyczuciem, intuicją oraz ściąganiem z zachodnich pism, przygotowywałam dziewczyny do sesji fotograficznych. |Dziś wydaje mi się to niemożliwe – a przecież się zdarzyło. Otóż przez kilka lat schyłkowego PRL-u współpracowałam z fotografami mody, zajmując się tym, co obecnie nazywa się stylizacją, z pewnymi elementami fryzjerstwa i charakteryzacji. Bez żadnego fachowego przygotowania, kierując się jedynie wyczuciem, intuicją oraz ściąganiem z zachodnich pism, przygotowywałam dziewczyny do sesji fotograficznych. |Dziś wydaje mi się to niemożliwe – a przecież się zdarzyło. Otóż przez kilka lat schyłkowego PRL-u współpracowałam z fotografami mody, zajmując się tym, co obecnie nazywa się stylizacją, z pewnymi elementami fryzjerstwa i charakteryzacji. Bez żadnego fachowego przygotowania, kierując się jedynie wyczuciem, intuicją oraz ściąganiem z zachodnich pism, przygotowywałam dziewczyny do sesji fotograficznych.

reklama

Zajęcie obecnie prestiżowe i chyba nieźle płatne, wówczas przypominało amatorską zabawę. Co do  gratyfikacji, przedstawiała się równie nieprofesjonalnie. Nie mniej, czas spędzałam wesoło, zachowując moralny komfort nie kolaborowania z reżimem. No i zarabiałam jakieś grosze. Potem skumałam się z kwartalnikiem „Moda”. Zamieszczałam tamże teksty tudzież pomagałam przy foto-sesjach. Polegało to na tym, że targałam własne szmatki i dodatki, żeby „ubogacić” skromną produkcję odzieżowych firm –  państwowych, spółdzielczych, chałupniczych. Sesje odbywały się w fotograficznych atelier wyposażonych w kilka zwijanych barwnych teł (wtedy eksluzyw!), wentylator do robienia wiatru (zleceniodawcom podobały się rozwiane włosy modelek) oraz parawan, za którym dziewczyny się przebierały. Jako stylistka-asystentka byłam też odpowiedzialna za kawę, herbatę oraz dobrą atmosferę.

Jednak nie narzekałam. Liczył się fun – a to miałam zagwarantowane.

 

Wywiad z modelką

(Przepis na wołowinę po burmańsku)

System zakupowy mieliśmy rozpracowany. Wiedzieliśmy, że u Mamuta najlepsze są jabłka i kwaszona kapusta; jajka najsmaczniejsze pochodzą od Małego; w mięsnym „pod byłym teściem” wisi coś na hakach nawet popołudniami.

W ostatni piątek lutego mąż zauważył, że choć miesiąc ma się ku końcowi, nasze kartki mięsne ledwo zostały tknięte. Nie widzieliśmy powodu, żeby rezygnować z przydziałowego szczęścia. Tym bardziej, że czekało mnie nie lada wyzwanie  – wywiad z modelką. Nosiła imię Benigna. Pretensjonalne do bólu. Co będzie dalej?

W mięśniaku „pod byłym teściem” widoki także były nieciekawe. Tylko wołowina w barwie buraka, poprzerastana tłuszczem, z żyłami. Kupiłam ponad pół kilo, resztę bonów wymieniając na puszki z mielonką.

Z modelką Benigną umówiłam się w sobotę. Przedtem czekało mnie tradycyjne sprzątanie i wołowy ochlap. Byłam uzależniona od ruchów męża. W jego sobotni rytuał wchodziło golenie, które poprzedzało kilka gimnastycznych ruchów, te zaś następowały po odkurzeniu półek z książkami. Dopiero po tym wysiłku jadł śniadanie, a gdy kończył – udostępniał kuchnię do porzedobiednich przygotowań. Jakość mięsa nie pozostawiała złudzeń: befsztyka nie da się z tego zrobić. To może jakaś egzotyka? Znalazłam przepis na wołowinę po burmańsku. Niech będzie, spróbuję.

Zaczęłam je od ryżu. Miałam taki system: szklanka ryżu na dwie szklanki wrzącej wody. Zagotować, zmniejszyć ogień. Półtwardy ryż (ale po wchłonięciu przezeń wody) w tym samym garze, w którym się gotował zawinąć w koc i odstawić na parę godzin.

Po ryżu wzięłam się za pastę do wołowiny. W jej skład wchodziły dwie utarte cebule, dwa pory, trzy ząbki czosnku, dwie łyżki sproszkowanego imbiru, łyżeczka soli i pół ostrej papryki.

Mąż bohatersko podjął się tarcia cebuli do pasty – a kuchnia niewielka, bez okien, choć z okapem. Włączyliśmy wyciąganie, lecz cebulowe olejki eteryczne okazały się silniejsze niż wentylacja. Lejąc cebulowe łzy, przystąpiłam do uzdatniania mięsa. To, co wydawało się jadalne, pokroiłam w kostkę, wymieszałam z pastą. Po przepisowym czterogodzinnym „przegryzaniu się”, wrzuciłam wołowinę na rozgrzany w głębokim rondlu olej sojowy. Dusiłam pół godziny, co jakiś czas podlewając potrawę rosołem z kostki (wyszła szklanka). Pod koniec duszenia doprawiłam wszystko trzema łīżkamni koncentratu pomidorowego i łyżeczką maggi.

Gdyby nie ryż, danie chyba poparzyłoby nam języki. Popijaliśmy je czerwonym winem, które nieco łagodziło pieczenie w paszczach i przełyku.

Czując się jak smok wawelski, pobiegłam do modelki. Uważała się za modową wyrocznię i miała ambicje projektanckie. Spisałam jej pomysły.

 – O, choćby ten czarny sweterek. Zmieniłam jego styl  naszywając z przodu tiulowe kokardki z koralikami. Dzięki temu uzyskał taki przestarzały wdzięk, trochę jak z lat 50. Noszę go z kalesonami z połyskliwego dżerseju. Albo to – czyż nie urocze? Posłużyłam się wykrojem z Mody Polskiej, bo ujął mnie fason. Uszycie okazało się łatwizną. Może oprócz kamizelki, której dekolt wyszedł trochę krzywo… Ale nie ma sprawy, teraz w modzie luz. A w ogóle to najbardziej cenię w stroju bezpretensjonalność i wygodę.

Paplała bez przerwy ponad trzy godziny. Kiedy wróciłam do domu, płonęła mi głowa, a wzrokiem ciskałam  błyskawice.  – Ciągle ta wołowina? – uprzejmie zainteresował się mąż, widząc z jaką zachłannością ciągnę zimne mleko prosto z lodówki. – Nie, modelka. Muszę się uspokoić, a  podobno mleko ma własności kojące – warknęłam. 

Mąż zachował się nadspodziewanie sympatycznie. Przyrządził na kolację mlecze pstrąga, które okazały się delikatne i pyszne. Po prostu rzucił kilka mleczy na rozpuszczone na patelni masło z dodatkiem soli, czosnku i soku cytrynowego; obsmażył kilka minut, podał.

Cały efekt wziął w łeb, gdy autor dania rzucił triumfalnie w moją stronę: – A nie mówiłem, że wywiad z modelką to chory pomysł?

Owszem, mówił. Ale czy musiał przypominać?