Psychologia Styl Życia Seks Parenting Moda i uroda Zdrowie Przepisy Kultura Rozwój Księgarnia Sklep Cyfrowy

Małkowska: mus z jarmużu, rostbef i sałatka z cykorii


Wczoraj siedzieliśmy w ogrodzie u przyjaciół. Sześć osób, jedna bystrzejsza od drugiej; wszyscy „zasłużeni dla kultury”. Gorąco, cudownie. Przy winie i salacie z kawałkami usmażonej kury gadaliśmy o wszystkim. Także o kłopotach zaopatrzeniowych w najgorszej (z punktu widzenia gospodyni odpowiedzialnej za żywienie rodziny) PRL-owskiej dekadzie: o latach 80. Powiedziałam o „Życiu na przekąskę” i reaktywowaniu książki po ćwierćwieczu. Wtedy posypały się anegdoty i wspomnienia. Okazało się, ze większości z nas, również naszym rodzicom życie ratowały cielęciniary oraz bazary. Najgorzej było z alkoholem, zwłaszcza, gdy zabrakło go podczas przyjęcia. Wtedy odbywano niebezpieczne wyprawy na melinę, najpierw z trudem tropiąc taksówkę. Ale jak ta wódka smakowała!

Kiedyś dwaj koledzy wydelegowani po złote runo w płynie wrócili po niecałym kwadransie. Co jeszcze bardziej niezwykłe, nie z pustymi rękoma. Taksówkarz z pobliskiego postoju, widząc dwóch nerwowych nieco chłopaków, zapytał: po co jechać na melinę? Zapraszam do bagażnika.

Miał towar po cenach wprawdzie wyższych niż tzw. babka, lecz per saldo opłacało się – odeszły koszty kursu po nocnej taryfie.

 

Na dodatek

(Przepisy na mus z jarmużu, roast beef „nałogowiec” i sałatkę „perskie oko”)

 

 – Obchodzimy czy nie? – jak co roku na początku października zadałam mężowi to sakramentalne pytanie. On rutynowo zaprzeczał. Ale gdy nadchodził ten szczególny dzień, miękł. Tym razem też niezobowiązująco rzucił: – Jak chcesz, to kogoś zaproś… 

Jak zwykle, próbował zrzucić odpowiedzialność za przedsięwzięcie na mnie. Nie dałam się sprowokować. – Twoje urodziny, twoja przyjemność. Jeśli masz ochotę widzieć kogoś poza mną, to uprzedź. Zrobię trochę kanapek i śledzia.

Mąż zadzwonił do Basi i Krzysia Pysiaków. Mieli u nas kolacyjny rewanż. Umówiliśmy się na piątkowy wieczór, kilka dni po mężowskim święcie, które spędziliśmy – a jednak! – tylko we dwójkę.

Sprytnie wykorzystałam czasowy poślizg: jako nie-solenizant mąż musiał włączyć się do przedprzyjęciowej akcji. W przeddzień spotkania udaliśmy się na bazar przy Rondzie Wiatraczna. Ceny towarów jadalnych były tu umowne, czyli wyższe od sklepowych – za to towary pierwszej klasy! Od straganów z owocami nie można było oderwać wzroku; jarzyny – jak z obrazka; mięso z gospodarskiego uboju w gatunkach, których nazw dawno zapomnieliśmy. Jak przed wojną jaruzelską…

Zaczarowani urodą konsumpcyjnej oferty oraz dwornym obejściem sprzedawców, jakże odmienną od burkliwości tych ze zwykłych sklepów, nie liczyliśmy wydawanego grosza. Z trudem dotaszczyliśmy naładowane dobrem torby do domu.

Tam od razu zajęłam się półtorakilogramowym kawałkiem wołowego na roast beef. Mięso posmarowałam oliwą, natarłam czosnkiem, polałam octem winnym, kieliszkiem rumu i szklanką czerwonego wytrawnego wina. Obłożyłam plastrami cebuli, oprószyłam czarnym pieprzem i wstawiłam do lodówki.

W piątek od rana działałam w kuchni. Mąż wystarał się o wino, co przed ogólnonarodowymi obchodami imienin Teresy i Jadwigi nie było łatwe. Wystał w Tokaju trzy flaszki, z czego jedną… stracił: rozbił pod drzwiami mieszkania. Pobiegł odrobić stratę do Amfory. Tu jedynym dostępnym gatunkiem okazała się malaga. Cena – 600 zł. Butelkowana w Polsce, słodka jak ulepek.  Miałam czym poczęstować mięso. Wyjęłam je z lodówki i obsmażyłam na maśle. Przez dwie godziny dusiłam pod przykryciem, co jakiś czas polewając malagą. Wołowina wypiła dwie szklanki. Potem jej smak zaostrzyłam zmiażdżonymi i wymieszanymi w moździerzu przyprawami: solą czosnkową, pieprzem, imbirem, tymiankiem, rozmarynem, liśćmi laurowymi, pieprzem białym i czarnym. Na koniec dodałam dwa pocięte na kawałki kwaskowe jabłka.

Gotowe mięso wystudziłam, pokroiłam w cienkie plastry, ułożyłam na półmisku. Osobno w sosjerce podałam powstały w trakcie duszenia sos.

Do tego szła sałata z z oliwą i vinegrettem oraz purée z jabłek (dwie duszone szare renety, doprawione solą, pieprzem, majerankiem  i łyżką koncentratu pomidorowego).

Nim doszło do kosztowania zimnego mięsiwa, nastąpił wzruszający moment składania mężowi urodzinowych życzeń. W chwilę potem Krzysztof zbierał gratulacje za tomik z wyborem tekstów krytycznych, wręczonych w prezencie jako suplement do butelki wina. Sprezentowany zbiór nosił tytuł „Przecena dla młodej literatury”.

Zaczynała się od słów: „Większość tekstów zebranych w tej książce powstała w poprzedniej dekadzie. Gdy dziś powracam do nich, czuję się dziwnie rozdarty: potrafię być ich czytelnikiem, ale nie zawsze – autorem”.

Po uprzejmościach mogliśmy przejść do konkretów – czyli kolacji. Jako przystawkę zaserwowałam mus z jarmużu. To jarzyna w Polsce równie niedoceniana, jak twórczość młodych. Mus z niej wyglądał jak szpinak, lecz smakował zupełnie inaczej. Mniej więcej pół kilograma umytego i pozbawionego twardych łodyg jarmużu zblanszowałam, następnie „runo” zmiksowałam i zmieszałam z ubitą na sztywno pianą z czterech jajek. Masę ponakładałam do żaroodpornych kokilek i wstawiłam do gorącego piekarnika na 10 minut, podkręcając ogień na maksa. Po wyjęciu na każdą porcję położyłam po łyżce gęstej śmietany, na niej zaś delikatnie położyłam po jednym żółtku (pozostałym z jajek zużytych na pianę). Przekąska jeszcze na chwilę powędrowała do piekarnika, po czym została podana na stół.

Wznieśliśmy pierwszy toast.

Przy roast beefie nastąpił kolejny, mięsny. Potem chwila intensywnego przeżuwania i… kolejny toast. Rozmowy, które po nim nastąpiły, przerwało pojawienie się sałatki. Właściwie, był to wstęp do deseru. Sałatkę nazwałam „perskie oko”. Składał się z dwóch pokrojonych w talarki cykorii, dwóch obranych i pokrojonych w niewielkie kawałki gruszek klapsów i jednej gruszki very oraz podobnie potraktowanego jabłka malinówki. Do tego dodałam małe kawałki puszkowego ananasa i posiekane orzechy włoskie. Całość zespalał sos ze śmietanki zmieszanej z ananasowym sokiem, sokiem cytrynowym, szczyptą soli i pieprzu dla zbalansowania smaku. Przed wydaniem sałatkę  schłodziłam w lodówce.

Po niej wzniesiono kolejny toast – za przyjaźń i współpracę. Kolację zamykały sery, następnie  kawa z ciastem „combrem” od naszego ulubionego cukiernika.

Po wyjściu gości zmęczony mąż osunął się na fotel. – Chyba ostatni raz obchodziliśmy tak hucznie moje urodziny, to przekracza moje siły – biadolił.

Nie odpowiedziałam. Miałam większe problemy: z kranu przestała ciec ciepła woda. Po chwili w ogóle zabrakło jakiejkolwiek. Jakiś sąsiad majstrował przy rurach. Ciekawe, czy udrożni je do rana?


Zobacz także

POLECANE KSIĄŻKI