Psychologia Styl Życia Seks Parenting Moda i uroda Zdrowie Przepisy Kultura Rozwój

Małkowska o kalafiorze


Są dania, które niosą smutek. Kalafior jako taki nie kojarzy mi się kiepsko – przygnębiają okoliczności, w których go podałam. Chodzi bowiem o dorobek naprawdę znakomitego artysty, o którym już dziś mało kto pamięta. Cholernie niesprawiedliwe – miernoty trwają, wybitni znikają z firmamentu sztuki. Ale czy on by się tym przejmował? Może jakość jego życia na tym właśnie polegała, że miał gdzieś zaszczyty, kasę, porządek? Nazywał się Kajetan Sosnowski. Przy okazji, opowiem o nim więcej.

Światło w bieli

(Przepis na kalafiora w sosie śmietanowym i kotlety z szynki)

 

Tuż przed zamknięciem wpadłam do pobliskiego zieleniaka. W ostatnich promieniach zachodzącego słońca dostrzegłam nowalijkę – kalafiory. Zauważyłam też ich cenę. Mieściła się w granicach mojej kieszeni. (Właściciel budki Mamutem zwany nie miał w pobliżu konkurencji, co pozwalało mu swobodnie windować ceny – toteż miałam uzasadnione obawy, że nie sprostam finansowo kalafiorom, tym bardziej, że wcześniej kupiłam 20 deko szynki). Z zakupami w torbie oraz radością w sercu otworzyłam drzwi do mieszkania i… zamarłam w zachwycie. Jakie wspaniałe światło! Jeden z obrazów, wiszący na ścianie prostopadłej do okna, zdawał się promieniować. Ten cud sprawił pierwszy wiosenny zmierzch. Resztki słońca wplątały się w grubą fakturę kompozycji Kajetana Sosnowskiego; rozjarzyły i tak świetlistą kompozycję.

Podobno Wassily Kandinsky odkrył abstrakcję także tuż przed wieczorem, kiedy zachwyciło go własne niedokończone płótno, pozostawione na sztalugach do góry nogami i oświetlone dogasającym słońcem.

Z Kajetanem było inaczej. Na początku lat 60. namalował cykl „Obrazów pustych”, zastępując pędzle opuszkami palców (własnych, rzecz jasna). Z centralnych partii tych prac, budowanych z drobnych plamek barw, emanowała jasność. Seria „Pustych” stała się konsekwencją „Erotyków”, obrazów na pozór nieprzedstawiających, w istocie wiele wyrażających – czułość, zmysłowość, intymność. Prace oddawały emocje, jakich doznawał artysta pieszcząc ukochaną. Oszałamiająco sensualne. Kipiące energią. Nie tyle jasne, co jarzące. Genialne.

Kajetana poznałam wiele lat po tym, kiedy paprał palce „Erotykami”. Do jego śmierci jesienią 1987 roku przyjaźniliśmy się przyjaźnią pełną spięć, głównie na zawodowym tle. Sosnowski, ojciec czwórki dzieci, do mnie również miał stosunek ojcowski, co oznaczało – despotyczny. Wybaczałam, jako ze widziałam w nim wspaniałego artystę i pełną gębą człowieka. Jego zaprzysięgłą fanką była też Bożena Kowalska, największy (w sensie wzrostu) krytyk sztuki. Od śmierci Kajetana zajęła się organizowaniem jego największej, monograficznej wystawy w Galerii Studio. Chwała jej za to, bowiem bohater nie należał do pedantów, nawet przeciwnie. Nie troszczył się o dzieła powstałe, zajęty obmyślaniem kolejnych. Zebranie jego dorobku wymagało talentów śledczych, samozaparcia, układania się ze spadkobiercami oraz współpracy z konserwatorem. Wszystko koordynowała Ata, młodsza córka Kajetana, równie uparta jak tata. 

Rozmyślając o Kajetanie, zabrałam się za kalafiora. Był tak młody, że prawie nie wymagał obróbki. Wystarczyło podzielić na kilka części i ugotować al dente.  Odsączony, został ułożony w głębokiej, wysmarowanej masłem patelni, następnie zalany sosem w składzie: pół butelki lekkiej śmietanki, dwa żółtka, roztopiona łyżka masła, 10 dkg utartego łagodnego sera, szczypta cukru, łyżeczka sosu sojowego, kilka kropli soku cytrynowego. Kwadrans zapiekania, i danie gotowe.

Już, już wydawałam jarzynę, gdy rozdarł się telefon. Dzwoniła Ata S. Spróbujcie wejść w jej monolog, kiedy jest cała podniecona nadchodzącą retrospektywą ojca! Kalafior, zagrożony w swej ulotnej doskonałości, dodał mi odwagi. Przerwałam Acie wpół zdania, przekazałam słuchawkę mężowi i pomknęłam do kuchni.

Udało się, kalafior był akurat taki, jak trzeba. Wyłożyłam go na talerze udekorowane liśćmi sałaty, posypałam zieleniną i czekałam, aż tym razem mąż wykaże się brawurą i jakoś doprowadzi rozmowę (?) do szczęśliwego finału. Chyba był głodny, bo zachował się asertywnie. Zdążył, zanim nowalijka wystygła.

Jest w nim światło – cmoknął nad kalafiorem. – Jak w „Białych obrazach” Kajetana.

W tej (czyli światła) kwestii Sosnowski wypowiedział się dwadzieścia lat wcześniej. „… światło, które umożliwia nam zjawisko widzenia, jest niewielką cząstką energii promienistej. Różne barwy są składowymi cząstkami światła i zawierają różne wartości kwantów energii. Nasze receptory mają swoją mechanikę, zgodną z prawami fizyki, ale jednocześnie nasza świadomość i podświadomość pozostaje wciąż w sferze reakcji ukształtowanych i odziedziczonych przez dawniejszy rozwój kulturowy.”  I tu Kajetan zalecał „adaptację naszego odbioru psychologicznego do możliwości, jakie daje nowe naukowe rozumienie”.

Ja ujęłabym to inaczej: trzeba zaadaptować odbiór psychologiczny rzeczywistości do tego, co daje sklep u Mamuta oraz lokalny mięśniak. Tu was zaskoczę: kupiłam bez kartek szynkę, na oko paskudnie tłustą. Odkroiłam sadło, przecięłam na dwa grube plastry. Namoczyłam w mleku, żeby odsolić. Po 20 minutach wyjęłam, osuszyłam, wrzuciłam na rozgrzane na patelni masło, obzłociłam dwustronnie. Na reszcie tłuszczu podsmażyłam posiekaną cebulę, dodając łyżkę cukru (w ten sposób udawała słodką), zmielony pieprz i słodką śmietankę. Powstałym w ten sposób sosem polałam plastry szynki. Podałam z bułką i świeżym ogórkiem.

 – W szynce też coś jakby świeci. Może Czarnobyl? – zadumał się mąż.

Się zobaczy.


Zobacz także

POLECANE KSIĄŻKI