Małkowska: omlet a la pizza

Spotkałam się dziś z Wandą H., przedstawicielką władz wciąż jeszcze istniejącego Związku Polskich Artystów Plastyków. Kiedyś należałam do tego stowarzyszenia twórczego, ongiś ważnego, dającego różne apanaże. Dzięki ZPAP można było kupić (tanio!) materiały plastyczne w specjalistycznych sklepach; spędzić wakacje w domach pracy twórczej lub na plenerach; a co najważniejsze, dostać przydział na pracownię, czyli dodatkową powierzchnię do życia. Nie należy też zapominać o ułatwieniach ekonomicznych – bez legitymacji ZPAP przedstawiciel wolnego zawodu (czytaj: artysta) praktycznie nie miał co marzyć o jakichkolwiek szansach legalnego zarobku. A kto miał głowę na karku, płacił składki emerytalne – wtedy dla twórców nieprzymusowe, co dziś niejeden przeklina!|Spotkałam się dziś z Wandą H., przedstawicielką władz wciąż jeszcze istniejącego Związku Polskich Artystów Plastyków. Kiedyś należałam do tego stowarzyszenia twórczego, ongiś ważnego, dającego różne apanaże. Dzięki ZPAP można było kupić (tanio!) materiały plastyczne w specjalistycznych sklepach; spędzić wakacje w domach pracy twórczej lub na plenerach; a co najważniejsze, dostać przydział na pracownię, czyli dodatkową powierzchnię do życia. Nie należy też zapominać o ułatwieniach ekonomicznych – bez legitymacji ZPAP przedstawiciel wolnego zawodu (czytaj: artysta) praktycznie nie miał co marzyć o jakichkolwiek szansach legalnego zarobku. A kto miał głowę na karku, płacił składki emerytalne – wtedy dla twórców nieprzymusowe, co dziś niejeden przeklina!|Spotkałam się dziś z Wandą H., przedstawicielką władz wciąż jeszcze istniejącego Związku Polskich Artystów Plastyków. Kiedyś należałam do tego stowarzyszenia twórczego, ongiś ważnego, dającego różne apanaże. Dzięki ZPAP można było kupić (tanio!) materiały plastyczne w specjalistycznych sklepach; spędzić wakacje w domach pracy twórczej lub na plenerach; a co najważniejsze, dostać przydział na pracownię, czyli dodatkową powierzchnię do życia. Nie należy też zapominać o ułatwieniach ekonomicznych – bez legitymacji ZPAP przedstawiciel wolnego zawodu (czytaj: artysta) praktycznie nie miał co marzyć o jakichkolwiek szansach legalnego zarobku. A kto miał głowę na karku, płacił składki emerytalne – wtedy dla twórców nieprzymusowe, co dziś niejeden przeklina!

reklama

Czy można się dziwić, że absolwenci artystycznych uczelni zaraz po odebraniu dyplomu mknęli do lokalnych oddziałów związkowych i wypełniali deklarację członkowską? Kiedy ja kończyłam ASP, przyjęcie do stowarzyszenia było równie trudne, jak egzamin dyplomowy. Trzeba było wykazać się osiągnięciami artystycznymi; najpierw wejść do grona Koła Młodzieży i dopiero z tej pozycji startować na „dorosłego” członka. A ile było przy tym nerwów!

Obecnie być albo nie być w związku plastyków nie ma żadnego znaczenia: żadnych plusów, zysków, przywilejów. Nic dziwnego, ze liczba wiernych stopniała z dawnych dwóch tysięcy do… niespełna dwustu osób.

Jedno zostało z przeszłości: Dom Artysty Plastyka przy Mazowieckiej 11 i tamtejszy barek/kawiarnia. Ajenci zmieniali się jak na karuzeli; jedni truli, inni karmili jak rodzona ciotka; raz warto było wpaść tam na lunch, kiedy indziej – tylko na wódkę. Mimo zmian w menu i jakości potraw, lokal cieszył się sławą miejsca ekskluzywnego – przecież bywali tam artyści!  A dziś? Odpadł atut w postaci brodatych, upapranych farbami gości i awangardowo ubranych dziewczyn. Nie kusi już sąsiedztwo sztuki; utraciły czar naścienne malowidła wykonane przez bywalców; nie działa magnetyzm „artystycznego” budynku. I tak dawna legenda z trudem zabiega o klientów.

 

I jeszcze coś a propos tekstu sprzed 25 laty: dziś mało które studia gwarantują otrzymanie pracy i godny zarobek w przyszłości. A saksy? Na kilka miesięcy, na rok? Nie, teraz młodzi ludzi po prostu emigrują. Oraz profesjonaliści. Jednak kiedy czytam zacytowany poniżej felieton sprzed ćwierćwiecza, jakoś robi mi się smutno – PRL przeminął, a szanse dla wielu jeszcze gorsze…

 

Pizza dla szwagra

(Przepis na omlet a la pizza)

 

Szwagier wrócił z saksów.

Z Nowego Jorku, gdzie przez pół roku zmienił pracę czternaście razy, przywiózł trochę oszczędności. A także przekonanie, że wykształcenie polonistyczne na niewiele się obecnie przydaje. Za to są niezbędne: siła przebicia, smykałka do interesów i znajomość języka angielskiego. Szwagier uznał, że dysponuje powyższymi przymiotami, toteż nie ma powodu dłużej marnować życia jako belfer uniwersytecki w mieście przy wschodniej granicy.

Zadzwonił do mnie w wrześniowy poniedziałek z Dworca Centralnego – przyjechał do Warszawy realizować się w biznesie. Sprawdzał rynek zegarków. Chciał pogadać przy kawie. Umówiliśmy się na popołudnie, kiedy każdy załatwi swoje dzienne sprawy.

Kawiarnia Domu Plastyka przy Mazowieckiej wydawała mi się idealnym miejscem na spotkanie. Przy okazji, planowałam odebrać tamże bon mięsny, wydawany w bibliotece.

Kawiarniana sala znajdowała się na drugim piętrze. W połowie lat 80. zmieniono całkowicie wystrój wnętrza. Wyrzucono poobijane stoły-jamniki oraz poprzecierane do sprężyn fotele. Zamalowano wytytłane ściany, zdjęto z parapetów rachityczne paprotki w doniczkach. Przy kuchennej pakamerze wybudowano barek, a na salę wniesiono artystycznie ciosane, masywne stoły i krzesła, stylistycznie łączące folklor góralski z gdańskim barokiem. Na blatach położono serwetki; te przykryto szkłem; na nim – wazoniki ze sztucznymi kwiatkami.

Te ulepszenia miast zachęcić – przepędziły sporą grupę klientów. Było więc spokojnie.

Zapraszając szwagra na kawę, wiedziałam, co robię: wraz ze zmianą umeblowania zmienił się kucharz. Na gorsze.

Zasiadłam na koszmarnie niewygodnym krześle-stolcu, po raz kolejny dochodząc do wniosku, że projektanci nie mieli pojęcia o ergonomii. Dalej też nie było fajnie., Kelnerka pojawiła się po kwadransie, choć poza mną w kawiarni siedziały trzy, już dawno obsłużone osoby. Nim przyszedł szwagier, zagadka istnienia lokalu skomplikowała się jeszcze bardziej: kelnerka, kiedy wreszcie stawiła się, gotowa przyjąć zamówienie, poinformowała, co następuje: nie ma cytryny do herbaty, kawa jest tylko „po turecku”, a alkohol wydaje się dopiero po szesnastej (innowacja w skali krajowej!). Z zimnych zakąsek pozostały ciastka wu-zetki i tort kawowy (pewnie z fusów po kawie „po turecku”…). Słowem – ani napić się, ani zjeść w knajpce Domu Plastyka nie dało rady. W tej sytuacji zaprosiłam szwagra do domu plastyka… przy Rozłuckiej. Czyli do nas. Usadziłam gościa na sofie, zaparzyłam dobrej kawy we włoskim ekspresie, podałam śmietankę. Tak go uraczywszy, oddaliłam się do kuchni szykować posiłek. Mimo przebywania w osobnych pomieszczeniach, rozmiary mieszkania pozwalały na swobodną rozmowę, Więg gadaliśmy. Jednocześnie, działałam kulinarnie.

Trzy ugotowane kartofle (zostały z poprzedniego dnia) pokroiłam w plastry i ułożyłam na wysmarowanej masłem patelni. Cztery białka ubiłam na sztywną pianę, żółtka zaś przelałam do kubka, dolałam trochę śmietanki, dodałam sól, pieprz. Otworzyłam puszkę śledzików anchois, puszkę muli i puszkę krewetek. Utarłam trochę żółtego sera. Połówkę wędzonej makreli podrobiłam na małe kawałki; pokroiłam w cienkie plastry dwa pomidory. Posiekałam pietruszkę, wyjęłam z zalewy oliwki.

Ziemniaki obsmażyłam dwustronnie, znów położyłam na nie kawałki masła, stopiłam. Wtedy wcisnęłam dwa ząbki czosnku, przypiekłam. Ubitą pianę połączyłam delikatnie z żółtkami, żeby mus nie oklapł. Wtedy wlałam masę na patelnię. Gdy lekko się ścięła, oprószyłam po wierzchu utartym serem, następnie ułożyłam kompozycję z przygotowanych specjałów: oliwek, anchois, itd. Przed podaniem posypałam zieleniną.

Stosownym dodatkiem do omletu a la pizza wydala mi się sałatka z ogórków, papryki i pomidora, posypana białym rozdrobnionym serem. Sałatkę doprawiłam olejem słonecznikowym, sokiem z cytryny, solą, pieprzem, oregano.

Szwagier, choć światowiec, pochwalił moje dzieło.

  – Słuchaj, a może otworzymy knajpę? Ja daję kapitał, ty gotujesz – zaproponował.

 – Czy masz już upatrzony lokal? W Warszawie nie jest z tym łatwo…  – próbowałam ostudzić jego zapał.

 – Przecież ten ajent w Dom Plastyka na bank splajtuje, wtedy go zastąpimy. To dobry punkt, z tradycjami! – szwagier błyskawicznie znalazł rozwiązanie.

Jednak po chwili namysłu powrócił do koncepcji handlu zegarkami.