Małkowska, Osiecka i menu na imieniny

Są tacy ludzie, z którymi znajomością każdy się chwali. Bez wątpienia należy do nich Agnieszka Osiecka. I owszem, poznałam ją, bawiłam się na kilku imprezach, na których ona też się pojawiła, lecz nie będę teraz udawać, że to była moja przyjaciółka od serca. Co więcej, 25 lat temu wcale nie wydała mi się tak urocza i fascynująca, jak większość utrzymuje. Choć chapeau bas przed jej talentem.
Wtedy pojawiła się jako najważniejszy gość na imieninach mojej ciotki Anny Retmaniak znanej z radiowych wywiadów z ludźmi teatru. W prezencie odczytała wiersz, rzekomo napisany na cześć solenizantki. A mnie zrobiło się głupio. Bo już wcześniej słyszałam ten zgrabny utworek (także w wykonaniu autorki) – tyle, że dedykowany innej osobie, mianowicie Hannie Bakule. A miało być dla tej jednej, jedynej! Niewinne kłamstewko, tylko – po co?
A okoliczność przypomniała mi się przy okazji tego oto fragmentu „Życia na przekąskę”:

Imieninowe nadziewanie (Przepis na faszerowanego kabaczka, krem z bakłażanów i sernik z serków homogenizowanych)   Sprzeczaliśmy się przez całą drogę, przebytą pieszo z Grochowa na Saską Kępę, gdzie mieszkała solenizantka. – Lekceważysz ciotkę. Zawsze się do niej przez ciebie spóźniamy – wytykał mi mąż. Zaprzeczyłam – moim zdaniem powód naszej niepunktualności leżał po stronie męża, permanentnie rozmijającego się z zegarkiem. Ania Retmaniak powitała nas informacją, że wszyscy są już po zimnych zakąskach. Wyglądała kwitnąco – wakacje w Grecji korzystnie wpłynęły na barwę jej skóry i włosów. Nieopatrznie zaprosiła konkurentkę: Krysia Kanownik, jej radiowa koleżanka, właśnie wróciła z Kuby – fryzura jak po balejażu, złotobrązowa karnacja Jednak obie panie obsypywały się komplementami i atmosfera na przyjęciu wydawała się bez skazy. W tych sprzyjających warunkach atmosferycznych wstrzeliłam się z moją kwestią: – Anno, czym chcesz przejść do historii? – zapytałam gospodynię, głodnym okiem omiatając półmiski z przystawkami, następnie przystępując do degustacji. Ania nie dała odpowiedzi od razu, bo Agnieszka Osiecka zaczęła recytować panegiryk na jej cześć. Po oklaskach, ochach i achach ponownie zaczęłam drążyć temat kulinarny. – No, to z czym chcesz się kojarzyć? Z galaretką z kury, kartoflami po szwabsku, pieczonym schabem, pasztetem, sałatką z kalafiora? – wyliczałam zimne dania zgromadzone na stole. Kabaczek! Oto moje popisowe dzieło! – zdecydowała solenizantka, po czym zaprezentowała wszem i wobec obiekt swej kulinarnej dumy. Potrawa postawiona na stole w żaroodpornym naczyniu parowała urzekającym aromatem. Jednak tego dnia kabaczka zastąpiła… spokrewniona z nim kobieta, cukinia. Bo takie manewry są dopuszczalne, byle w obrębie familii dyniowanych. A czy bakłażany też można faszerować? – dociekał ktoś ciekawy greckich doświadczeń Ani. Można, lecz Grecy najczęściej przyrządzają z nich rodzaj pikantnego kremu, jedzonego do chleba, sera albo mięsa. Rzucają bakłażany na rozgrzany ruszt, opiekają, ściągają skórkę, miąższ wrzucają do miksera. Miksują z oliwą (proporcja – szklanka oliwy na pół kilo bakłażanów), solą, pieprzem, ostrą mieloną papryką. Podają schłodzone, gładkie jak masło. Z Grecji przenieśliśmy się opowieściami na Kubę. Krysia K. relacjonowała swoje wrażenia z kabaretowym zacięciem. Dzięki polityce Fidela komunizm na gorącej wyspie nie chwiał się – jak u nas – w posadach. Dowodem zwrot, którym przywołuje się kelnera w knajpie: „towarzyszu! A towarzysz olewał wezwanie tak długo, aż klient rezygnował z usług. Wtedy, na odchodnym, wściekły i nieobsłużony gość dostawał rekompensatę: olśniewający uśmiech „towarzysza-kelnera”. Kubańskie opowieści toczyły się przy serniku domowego wypieku podanego z lodami i owocami do kawy-herbaty. Z racji potężnych żywnościowych racji drogę powrotną także pokonaliśmy pieszo. Po receptury na słynne dania zgłosiłam się kilka dni później, telefonicznie. Złapałam ciotkę kilka godzin przez wyjazdem na reportaż do Wrocławia. Z trudem udało mi się wydobyć przepisy, jako że cała jej uwaga i myśli koncentrowały się już na wrocławskiej scenie. Zaczęła niechętnie: – Więc bierzesz średniej wielkości kabaczka lub dużą cukinię, odcinasz zakończenia – takie czapeczki i drążysz… – Tu Ania rozkręciła się, lubiła drążenie tematu. – W tak powstałą rurę wpychasz farsz: mielone mięso (może być wołowe, cielęce, wieprzowe lub mieszane) łączysz z ugotowanym ryżem, tak pół na pół. Dodajesz kilka zmiażdżonych ząbków czosnku, wedle upodobań, pół posiekanego pęczka kopru, jedno jajko, łyżkę masła, łyżkę oliwy lub dobrego oleju, sól, pieprz, ostrą zmieloną paprykę. Farsz powinien być bardzo ostry. Nadziewasz kabaczka. Zatykasz odciętymi „czapeczkami”. Wkładasz do żaroodpornego naczynia; wlewasz na dno oliwę, tak na wysokość centymetra. Ale to nie wszystko! Oprócz nafaszerowanego kabaczka musisz mieć drugiego, którego tniesz na drobną kostkę lub cienkie plasterki. Mieszasz je z obranymi ze skórki, poćwiartowanymi pomidorami i trzema ząbkami czosnku. To wszystko dusisz na wolnym ogniu w piekarniku, aż jarzyny będą miękkie. W tym czasie szykujesz sos: puszkę koncentratu pomidorowego rozprowadzasz wodą, dodajesz łyżkę mąki, pół pęczka posiekanego kopru, łyżkę cukru, sól, pieprz. Polewasz tym podduszonego kabaczka i pozostawiasz w piekarniku jeszcze pól godziny. Podajesz w naczyniu, w którym potrawa się dusiła. Danie wydało mi się strasznie skomplikowane i czasochłonne. – Kiedy znajdujesz czas na gotowanie, skoro prawie nie wychodzisz z radia? – szczerze podziwiałam ciotkę. Z braku czasu wpadają mi do głowy racjonalizatorskie rozwiązania. Smakował ci mój sernik? – zapytała słodkim głosem. Retoryczne pytanie! Był pyszny, puszysty, lekki. – To posłuchaj, jak go robię. Jak zwykle, miałam gotowe kruche ciasto na spód. Wzięłam pół kostki masła, utarłam z trzema żółtkami i odrobiną cukru-pudru; dodałam pokrojone bakalie – rodzynki, orzechy, migdały, suszone śliwki i morele, skórkę pomarańczową z syropu. Wymieszałam to wszystko z dwoma opakowaniami waniliowych serków homogenizowanych i rozprowadziłam na kruchym spodzie. Żeby sernik był ładniejszy, a przy okazji lepiej się trzymał, powyciskałam mu na wierzchu esy-floresy z pomady czekoladowej. Robi się ją w bardzo prosty sposób – ucierasz na jednolitą masę łyżkę masła, łyżkę kakao, dziesięć deko cukru-pudru, rozprowadzasz wrzącym mlekiem i przekładasz do tutki. Wyciskasz masę jak pastę do zębów, rysując dowolny wzór. Potem wkładasz sernik do bardzo gorącego piekarnika, dosłownie na pięć minut, żeby wszystko się „związało”. I gotowe! To ma być proste?! – jęknęłam. Wiedziałam, że tej prostocie nie sprostam.    

reklama