Psychologia Styl Życia Seks Parenting Moda i uroda Zdrowie Przepisy Kultura Rozwój

Małkowska: rozwód i kura po ułańsku…


Dziś będzie o rozwodzie – nie moim, lecz kumpla (najśmieszniejsze, że już nie pamiętam, o kogo chodziło, więc dyskrecja zapewniona). Swoją drogą, sama przeszłam przez procedurę rozwiązywania międzyludzkich związków i wiem, ze nie należy to do przyjemności. Z panem, który w „Życiu na przekąskę” funkcjonuje jako „mąż”, rozstałam się (w miarę pokojowo) przed prawie 16 laty… To teraz historyjka dla wszystkich sfrustrowanych, doprowadzonych do ostateczności i pragnących zacząć nowe życie. I rada: nie zapominajcie nasycić waszego adwokata!

Dla Ludycznego (przepisy na kurę po ułańsku, sałatkę „babie lato” z czarnej rzodkwi i mus z szarych renet) Zaprzyjaźniony artysta popadł w rozwodowe tarapaty. Poradziliśmy mu, żeby zwrócił się do adwokata. Nie znał żadnego. Poleciliśmy mu Piotra Andrzejewskiego – był ludyczny, lubił sztukę, kobiety i jazdę na nartach. Przystojny, o diabolicznej urodzie, rozprawy sądowe traktował jak hazard. Kolega dotarł do Zespołu Adwokackiego, spotkał się z mecenasem Ludycznym, opowiedział genezę swej twórczości, podyskutował o najlepszych terenach zjazdowych w Beskidzie Wysokim, pozdrowił od nas i… wyszedł. Tematy dotyczące pań, szczególnie tej pozostającej z nim w rodzinnym związku, uznał za prywatne tabu. Nie zdobył się na wynurzenia o małżeńskich kłopotach. Mąż i ja postanowiliśmy stworzyć artyście klimat sprzyjający intymnym wywodom. Zaprosiliśmy obydwu panów do domu. Znając słabe strony Ludycznego, uprzedziłam kolegę, żeby nie przerywał mecenasowi w opowiadaniu anegdot, pozwolił się najeść i najwcześniej przy drugiej kawie przystąpił do referowania sprawy. Ze swej strony, starannie opracowałam kolacyjne menu. Posiłek rozpoczynała sałatko-przystawka „babie lato; zamykał mus z szarych renet; pośrodku – kura po ułańsku. Do picia – wódka starka i czerwone wino. Ludyczny przyszedł w trzyczęściowym garniturze. Natychmiast po przekroczeniu progu zdjął marynarkę, pozostając w koszuli pod krawatem i zapiętej na wszystkie guziki kamizelce. Artysta był rozchełstany, za to przyniósł kwiatek. Minę miał taką, jakby wahał się, komu go wręczyć – mnie czy mecenasowi? Wybrał to pierwsze. Usadowiłam trójkę panów na wersalce, jak kury na grzędzie. Każdego wyposażyłam w deseczkę, talerz i sztućce. Podałam „babie lato” pod starkę. W skład sałatki wchodziła utarta na grubej tarce czarna rzodkiew zaprawiona oliwą zmieszaną z sokiem cytrynowym, ząbkiem czosnku, solą, pieprzem, szczyptą cukru. Wszystko przez godzinę „przegryzało się” w lodowce. Na wydaniu wymieszałam dzieło z połową pęczka posiekanej natki pietruszki i ozdobiłam różyczkami z czerwonych rzodkiewek. Z jedzeniem kury po ułańsku moi ułani mieli trochę problemów. Drób trudno kroić na trzymanych na kolanach talerzach – toteż każdy z nich poszukał indywidualnego rozwiązania. Ludyczny znalazł najprostsze wyjście: ujął kurze udko w palce i perorował, co chwilę odgryzając kęs, resztą wymachując dla podkręcenia dramaturgii opowieści. Towarzyszący potrawie ryż zjadł na końcu, osobno, posługując się widelcem. Pozostali zachowywali się bardziej wstrzemięźliwie, acz też w sposób niegodny dżentelmena – pokroili mianowicie porcje na małe kawałki, jak dla dziecka, i takie pakowali do ust. A ułański drób był ostry. Został przygotowany następująco: na roztopione w rondelku masło  wrzuciłam pokrojone w plasterki dwie cebule, wcisnęłam cztery ząbki czosnku. Gdy cebule zeszkliły się, dodałam jeszcze trochę masła i położyłam poćwiartowaną kurę. Skropiłam ją maggi i solą z mikroelementami, obrumieniłam ze wszystkich stron. Wówczas dorzuciłam pokrojoną w paski zieloną paprykę oraz cztery dojrzałe, obrane ze skórek i pokrojone w ćwiartki pomidory. Do tego przyprawy: chili, pieprz biały i czarny, imbir, kminek; wlałam kieliszek wódki. W trakcie duszenia podlewałam ptaka sokiem ananasowym, wymieszanym pół na pół z wodą i kieliszkiem rumu. Kura dusiła się 40 minut. Pod sam koniec dorzuciłam do potrawy kwaskowe jabłko, obrane i pokrojone na kawałki, i doprawiłam sos łyżką koncentratu pomidorowego. Nasz protegowany rozwodnik nie miał apatytu. Mecenas – przeciwnie. Po daniu gorącym z zapałem zaatakował jabłkowy mus, podany z wafelkami do kawy. Mus wykonałam z połowy kilograma szarych renet, obranych i pozbawionych gniazdek, pokrojonych w plastry i duszonych przez pół godziny w gorącym piekarniku. Kiedy miąższ zamienił się w purée, zmiksowałam go z kieliszkiem koniaku i czterema łyżkami cukru-pudru. Ubiłam na sztywno pianę z białek trzech jaj; delikatnie ją zmieszałam z jabłkowym musem. W formie do ciasta rozpuściłam w odrobinie wody pięć kostek cukru; podgrzałam do skarmelizowania roztworu. Na karmel wlałam mus i wstawiłam do gorącego piekarnika na trzy kwadranse. Po wystudzeniu przewróciłam na półmisek karmelem na wierzch i podałam ze śmietanką o waniliowym smaku. Po deserze artysta zdecydował się naszkicować mecenasowi swoją sytuację. Wybrał optymalny moment – Ludyczny cierpliwie słuchał, nakładając sobie kolejną porcję musu i domagając się repety kawy. Z odrobiną mleka.


Zobacz także

POLECANE KSIĄŻKI