Psychologia Styl Życia Seks Parenting Moda i uroda Zdrowie Przepisy Kultura Rozwój

Małkowska: sałatka z dorsza


123rf.com
Czy ktoś pamięta ten nieprawdopodobny boom radzieckiej, potem rosyjskiej sztuki na światowym rynku? Nagle niektórzy z nich z biedaków przeobrazili się w milionerów; w sławy, o które zabiegali zachodni marszandzi. Stało się to zbyt szybko, żeby artyści, przez lata sowieckiej władzy trzymani na postronku, nadążyli psychicznie za sukcesem; zdołali go przyswoić; umiejętnie gospodarować zdobyczami. Niestety, szczęście krótko trwało. Zaraz w zwartych szeregach nadeszli Chińczycy; potem byli Afroamerykanie, aborygeni, Afrykańczycy, ludy kaukaskie i inne etniczne ciekawostki. O Rosjanach zapomniano – z nielicznymi wyjątkami. W tej paradzie egzotyki (dla Zachodu) przewinęli się też Polacy, chwilę po obaleniu socjalistycznej władzy.

Potem to wszystko się zglajszachtowało, wymieszało, wsiąkło w zachodnią kulturę i rynek. Kto był do kupienia i wyssania, tego kupiono i wyssano. Autentyczne, długofalowe kariery twórców spoza światowego mainstreamu należą do rzadkości. Tak jak dziś mielonka „ostrołęcka”, o której wspominam. Oraz inne przysmaki made by Małkowska.

 

Labirynt

(przepis na sałatkę z dorsza i zapiekankę „labirynt”)

 

„Ruskie czołgi do Wołgi” – wypisał ktoś aerografem na ścianie przy głównym śródmiejskim przejściu podziemnym. Ruskie obrazy do Hali Gwardii, zadecydował ktoś inny, odpowiedzialny za lokalizację zbiorowej wystawy radzieckiego młodego malarstwa,  po raz pierwszy od niepamiętnych czasów zorganizowanej w Warszawie. Wyraźnie szło nowe.

Pokaz nosił tytuł „Labirynt”. Od nas jechał do Amsterdamu, następnie do Nowego Jorku. To też świadczyło o tym, że koniec z nudnym oficjalizmem. Nad Wisłą ekspozycja miała być dostępna tylko przez pięć dni. Wyraźnie przyjaciele zza Buga robili nam łaskę. Młodzi twórcy radzieccy dzięki Pieriestrojce w błyskawicznym tempie stawali się międzynarodowymi gwiazdami – polscy artyści tylko pretendowali do podobnej pozycji.

Tak czy siak – otwarciu „Labiryntu” towarzyszył skandal. Radziecki komisarz wystawy nie chciał się zgodzić na agresywną architektonicznie Halę Gwardii. Nie obchodziło go, że ta przestrzeń doskonale sprawdziła się podczas monumentalnej prezentacji „Arsenał’ 88”. Napierał, żeby jego wybrańców pokazać w Muzeum Narodowym albo Zachęcie. Nie stało się po jego myśli. Zostało, jak miało być. Obrażeni tym mało szacownym miejscem Rosjanie odmawiali udzielania wywiadów, a jeżeli dawali głos, to tylko ze względu na wrodzoną wspaniałomyślność. Popartą osobistą znajomością.

Na wernisaż, wyznaczony na drugą październikową niedzielę o godzinie jedenastej rano (sic!) przybyło niewielu gości. Rosjanie znów się nadęli – potraktowali absencję jako lekceważenie ze strony Polaków. Przecież byli najlepsi w bloku socjalistycznym! I najbardziej awangardowi, z dziada pradziada. Nazywając kierunek swych plastycznych poszukiwań najczęściej używali określenia „konceptualizm” – bez względu na to, czy malowali tradycyjnie, figuratywnie czy abstrakcyjnie.Myliły im się wszelkie współczesne trendy, lecz upierali się przy „konceptualizmie”.

  – Wsio eto ryba – ocenił twórcze wysiłki Rosjan mąż.

Krótko mówiąc, byliśmy rozczarowani. Owszem, w „Labiryncie” zdarzało się dostrzec przebłyski talentów, lecz dominowała glątwa. Po kilkudziesięciu latach separacji, Rosjanie usiłowali jednym susem dogonić współczesność – i wplątali się w labirynt pojęć, stylistyk, metafor.

Mąż zamierzał napisać z tego pokazu recenzję. Poprosił mnie o jakiś kulinarny doping. Na pytanie, na co miałby ochotę, odpowiedział: – Wsio ryba.

Zrobiłam sałatkę z dorsza. Pól kilograma zielonej fasolki szparagowej, pociętej w mniej więcej trzycentymetrowe odcinki, rzuciłam do wrzącej osolonej wody; w innym garze ugotowała al dente  podobnie przygotowane dwie marchewki i dwa małe pory (tylko białe części). 

Dwa filety z dorsza pokroiłam na małe kawałki i ugotowałam na parze. Dziesięć minut wystarczyło, były gotowe. Wszystkie odsączone z wody elementy wymieszałam i scaliłam sosem. Trzy łyżki oleju słonecznikowego (podobno najzdrowszy), łyżka majonezu, łyżeczka octu winnego, sok z połowy cytryny, sól, pieprz. 

Po zjedzeniu mąż nadal nie czuł weny do pisania. Wobec tego podałam zapiekankę „labirynt”. 

Jej podkładem były ugotowane, pokrojone w plastry kartofle. Podsmażyłam je na patelni, na oleju słonecznikowym (podobno najzdrowszym). Na nich ułożyłam płatki gotowanego selera, talarki ugotowanej pietruszki, krążki ugotowanej marchewki. Taki zestaw rosołowy. Na to położyłam warstwę plasterków mielonki „ostrołęckiej”. Tę z kolei pokryłam wiórkami utartej na grubej tarce cukinii; na nią usypałam cieniutką warstwę ryżu z poprzedniego obiadu; na ryż poszły plasterki pozbawionego skórki pomidora. Całość zalałam dwoma jajkami, rozbełtanymi ze słodką śmietanką i szczyptą soli. Dzieło wstawiłam na dziesięć minut do piekarnika. Gotowe, okrasiłam zieloną pietruszkową natką.

Mąż zjadł. Ani zganił, ani pochwalił – rozmyślał nad tekstem. Zamiast deseru, domagał się kawy. Wypił i poczuł senność. Idąc za wskazaniami organizmu, poszedł się zdrzemnąć.

 – Nawalisz z tym tekstem – straszyłam, budząc go po godzinie.

 – Wsi ryba, uznał. Po czym dodał: – Mam labirynt w brzuchu i „Labirynt” w d…

I przewrócił się na drugi bok.

 


Zobacz także

POLECANE KSIĄŻKI