Psychologia Styl Życia Seks Parenting Moda i uroda Zdrowie Przepisy Kultura Rozwój Księgarnia Sklep Cyfrowy

Małkowska: wieprzowina po chińsku


Kilka dni temu spotkałam Ewę Woydyłło na imprezie radia Tok FM, które po raz trzeci dawało swoje nagrody w przyjemnych okolicznościach kulturalno-kulinarnych. Ewa zapowiedziała wyjazd, po którym obiecałyśmy sobie kawę. Ona, jak zwykle, wydaje się niestrudzona. I całkowicie odporna (mentalnie) na upływ czasu. Akurat natrafiłam w moim „Życiu…” na fragment traktujący o przyjęciu u państwa O. Czytam, i sama nie wierzę w to, co napisałam. Kryzys nad kryzysy, a tam żarcie niebiańskie. Co zabawne – wtedy ludzie nie byli zwyczajni takim luksusom, nie potrafili jeść powściągliwie. Więc gdy piszę, że było ciężko podołać, to proszę wierzyć. Po prostu – konsumpcyjny szok. A było tak.

Urodziny kuzyna

(Przepis na wieprzowinę po chińsku)

Szóstego lutego urodziny obchodzili: Wiesław Gomułka (nieżyjący już wtedy), Ronald Reagan i Wiktor Osiatyński. Informacja była pewna, uzyskana u źródła. Nie, nie z Białego Domu – od żony ostatniego z wymienionych solenizantów. Tenże (solenizant, znaczy) był kuzynem męża, jednak żadnemu nie spieszyło się kultywować bliskich familijnych kontaktów. Osiatyński pisywał onegdaj do „Kultury”; potem opublikował kilka książek z wywiadami na uczone tematy ze światowymi sławami w różnych dziedzinach. Z mężem (moim) spotkali się na pogrzebie jednego z wujów i postanowili pogadać w miejscu bardziej przytulnym niż Cmentarz Bródnowski.

Kilka dni po tej smutnej ceremonii nastrojony lirycznie mąż zadzwonił do kuzyna akurat w przededniu urodzin. Również nastrojony czule kuzyn zaprosił nas na party. Oprócz nas mieli pojawić się dwaj archeolodzy z żonami. 

Wyjątkowo ciepły luty dokuczył tego wieczoru deszczem, intensywniejącym wraz z przybliżaniem się do celu. Cel był na Bielanach, na osiedlu bloków równie trudnych do topograficznego rozpracowania, jak Ursynów. Kiedy wreszcie odnaleźliśmy właściwy wielkopłytowy masyw, rozpoczynała się pierwsza runda kulinarnej potyczki. Goście stanęli wobec ogromu przystawek. Wędliny, jajka z kawiorem, pstrąg à la śledź, sałatka z krabów, plus sosy i marynaty. Cuda! Nie trzeba było nikogo zachęcać do wielokrotnego napełniania talerzy. Godzina była niemłoda – po ósmej wieczorem – więc zaproszeni potraktowali hors d’oeuvres jako całokształt odświętnej wieczerzy. Nieszczęśni, którzy połakomili się na zbyt wiele repet! Ledwo uprzątnięto talerze po zakąskach, już wnoszono tace z filiżankami czerwonego barszczu. Za nimi wjechał półmisek z górą pasztecików. Stało się jasne, że to nie koniec uczty. Rzeczywiście – po barszczu nastąpiły dania gorące w liczbie trzech. Dwie okazały się spolszczonymi wersjami chińskich potrawek; dla etnicznego kontrastu dopełniał je paprykarz.

Stać mnie było – w sensie możliwości żołądkowych – jedynie na skosztowanie gulaszu z wieprzowych żeberek. (Dwa dni później wydobyłam z Ewy przepis: kilogram żeberek pokroić na małe kawałki, wrzucić do garnka, zalać szklanką wiśniaku i czterema łyżeczkami sosu sojowego, wymieszanymi z połową szklanki cukru. Naczynie przykryć i wstawić do większego gara, wypełnionego do połowy gorącą wodą; gotować około czterech godzin na bardzo małym ogniu, uzupełniając ubytki wody. Podawać z ryżem na sypko.)

Goście jęczeli z przejedzenia, pot zraszał ich czoła, lecz dzielnie atakowali kolejne potrawy. Towarzyszyły im sałatki, z których zapamiętałam cykorię z rodzynkami i sosem vinegrette.

Coraz powolniejszemu spożywaniu towarzyszyła coraz bardziej ożywiona rozmowa. Najpierw koncentrowała się wokół ponurej sytuacji polskiej inteligencji, co stanowiło rażącą sprzeczność z wystawnością przyjęcia. Potem zaszła zmiana i tematem nr jeden stały się sporty, w których zgromadzeni panowie osiągali wyniki. To też kontrastowało z ich obecnymi gabarytami.

 – Przez wiele lat jeździłem po Polsce i świecie, od uczonego do uczonego, z laboratorium do laboratorium, by dowiedzieć się, w jaki sposób nauka może być pomocna w zrozumieniu świata oraz czy może znaleźć odpowiedź na podstawowe pytania dotyczące ludzkiej kondycji – pan domu i solenizant niespodziewanie zmienił tok rozmów. – Jestem przekonany, że w tej materii nic po tradycyjnej nauce – bowiem te kwestie ze swej natury dotyczą wartości.

Jakoś nikt nie podjął szlachetnego wątku, zgromadzonych pochłonęło pochłanianie deseru. Szło im jak pod górkę, z trudem łapali oddechy – a tu torty, lody, ciasta. Kawa/herbata trochę ułatwiała zadanie. No i spirytualia na trawienie. Za to bohater wieczoru nie wziął do ust kropli alkoholu, nie zapalił papierosa. Co więcej, wielkodusznie odwiózł nas do domu, wreszcie znajdując wdzięcznych słuchaczy dla nurtujących go spraw. – Kiedy zaczynałem rozmawiać z uczonymi, wierzyłem, ze nauka będzie niejako za mnie rozwiązać problemy – życiowe, umysłowe, psychiczne i duchowe. Dziś coraz dobitniej zdaję sobie sprawę z tego, iż swoje najważniejsze problemy muszę rozwiązać sam i że sam ponoszę za to odpowiedzialność. Przy ich rozwiązywaniu mogę wprawdzie korzystać ze zdobyczy nauki, lecz nie tylko. Muszę korzystać ze wszystkiego, co zawiera się w moim człowieczeństwie i w człowieczeństwie innych ludzi.

Po niedługim czasie znalazłam puentę, czy raczej dopełnienie, tamtego wieczoru i rozmowy z  Wiktorem. Ostatnim jego rozmówcą, zamykającym cykl wywiadów z naukową elitą, w tym z  kilkoma noblistami, okazał się mechanik samochodowy. Facet mądry mądrością życiową, własną. Na każdy czas.


Zobacz także

POLECANE KSIĄŻKI