Psychologia Styl Życia Seks Parenting Moda i uroda Zdrowie Przepisy Kultura Rozwój

Małkowska: Życie na przekąskę


Taki tytuł – „Życie na przekąskę” – nosiła moja książka, którą przeczytały… trzy osoby: redaktor, recenzent wewnętrzny i autor ilustracji. Dodam, że tekst istnieje tylko w maszynopisie. Pewne okoliczności sprawiły, że sięgnęłam poń po ponad dwudziestoletniej przerwie.

Życie na przekąskę, Świat Książki, 2015

Życie na przekąskę, Świat Książki, 2015

Pierwszym impulsem była książka „Sowiety od kuchni” Iriny Głuszczenko, wydana pod koniec 2012 roku. Drugim powodem stał się pokaz fotografii Tadeusza Rolkego w warszawskiej Galerii Le Guern: czas przełomu z PRL w RP. Lata 1990–1992. Ludzie walą na wystawę i wzruszają się. Ja też poszłam, ale nie poleciały mi łzy czyste, rzęsiste. Toż to było ni to, ni sio! Chałupniczy kapitalizm. Dziś egzotyka: handel badziewiem na „szczękach” w przejściu podziemnym i na przystankach, surowe mięso na straganach pod gołym niebem przy Placu Unii, barobusy i banany – pierwszy luksusowy towar powszechnie udostępniony. Taki był mój świat? Tak kostropaty, karykaturalny, absurdalny? Ja też nosiłam erzatze ekskluzywnej mody? Także idiotycznie pretendowałam do błyskawicznego dogonienia Europy? Nawet gdybym chciała, nie mogłabym się wyprzeć: znalazłam swój portret wśród wizerunków kilku innych kreatywnych (cokolwiek by to nie znaczyło) kobiet tamtej epoki. Tadeusz przez jakiś czas pracował nad takim cyklem na zamówienie niemieckiego pisma „Madame” (czy jeszcze istnieje?). Teraz wybrane foty trafiły do Le Guerne. Nie podobam się sobie – to nie kokieteria – ale przecież niczego nie zmienię! Taka byłam. Wtedy, na początku lat 90., zajmowałam się nie tylko krytyką sztuki. Również malowałam, a także – gotowałam, na domowo-towarzyski użytek. A nie było łatwo. Jednak w porównaniu do końcówki lat 80. – po maśle. I właśnie doświadczenia „z przełomu” zrelacjonowałam w dzienniku kulturalno-kulinarnym. Miał się już, już ukazać w wydawnictwie Watra. Rok 1991, tomik złożony, ilustracje gotowe, korekta dokonana, recenzje wewnętrzne napisane. Ba, nawet kasa wypłacona. I buch, babkę w brzuch! Oficyna plajtuje. Jeden z pierwszych upadków firm, które w starym systemie znakomicie prosperowały, a wraz z nastaniem nowego nadawały się tylko na przemiał. Nie płakałam – odebrałam maszynopis, odłożyłam na półkę, poszłam dalej. Po ponad dwudziestu latach sięgnęłam po szarą teczkę z tym dawnym życiem i „Życiem na przekąskę”. Szok, jak przy tych zdjęciach Rolkego. To było aż tak fatalnie? Lecz przecież jakoś się żyło, było, bawiło. Pamięć gumuje złe momenty. Gdyby nie wyżej wspomniany dziennik, chyba bym nie uwierzyła, jakich cudów na kiju dokonywałam – a przecież nie była to najwyższych lotów ekwilibrystyka gastronomiczna. Ludzie, posłuchajcie. Teraz zacytuję autentyk, któremu sama się dziwię. Ciekawe, czy jakiś przepis jeszcze się nadaje? Otwieram teczkę z maszynopisem i już pierwsza strona świadczy o zaprzeszłości. Widnieje na niej, co następuje: Monika Małkowska Życie na przekąskę   Potem introdukcja:   „Ta książka miała być pamiętnikiem kulinarnym. Stała się jednak czymś więcej: kiedy zaczynałam ją pisać, nie mogłam przewidzieć, że notuję wydarzenia z okresu ustrojowego przełomu. I tak styczeń 1988 przypadł na schyłek socjalizmu, zaś kwiecień 1991 to już epoka przyspieszonej inkubacji polskiego kapitalizmu. Książka nie ma właściwie zakończenia. Jednak dzięki niej wiem – nigdy nie wiadomo, jak historia doprawi nam obiad, który właśnie zjadamy.”   Ciekawi jesteście, jak się u mnie zaczęło i dlaczego?  Cofnijmy się do roku 1988, z którego pochodzi pierwszy rozdział-felieton. Nosi tytuł   NAGOŚĆ (Przepis na selery w winie) Naga prawda ukazała się polskiemu społeczeństwu. Nie była przystojna – tu i tam zniekształcał ją jakiś nawis, ówdzie sterczał gnat, tam i siam skóra naciągana była do granic wytrzymałości. A wszystko to razem jakoś w kwadrat uformowane, ale po skosie. I brak winnego, kto prawdę zeszpecił. Jej brak urody objawił się pod koniec stycznia 1988 roku, kiedy niedawne pogłoski stawały się sprawdzonymi informacjami. Oficjalny komunikat obwieszczał drastyczne podwyżki cen na produkty spożywcze: czterdzieści, może więcej procent. Jak przyjdzie żyć, biadali Polacy. Póki co, robili zapasy. W piątek, ten ostatni „normalny”, jak zwykle przy zakupach pomagał mi mąż. I jak miał w zwyczaju, robił to pod koniec dnia, kiedy przeminęła nawałnica kobiet, w przededniu podwyżek wyjątkowo agresywnych. Kupował, co było możliwe bez kolejki. Rezultaty przedstawiały się niezbyt imponująco: seler wielkości główki niemowlęcia, kilogram kartofli, natka pietruszki, pięć jaj, cykoria i butelka wina. Od męża zionęło zniechęceniem i beznadzieją, w jakiej tkwiła większość współobywateli. Poza tym, bolał go palec przydeptany przez grubą jejmość w jakimś sklepie.  – Może nareszcie zaczną się odchudzać, mruczał pod nosem.  – Przeciwnie, teraz utyją. Bieda tuczy, szczupłość kosztuje – odebrałam mu resztki nadziei. – A gdyby wylansować modę na nagość?, rzucił. No way, wredzi nam klimat. No i te tam, normy moralne. Nawet topless na plaży wywołuje skandal. Jednak choćby nie wiem jakimi restrykcjami obwarować człowieczą obyczajność, w tym dotyczącą stroju, i tak próżność skłania nas do demonstrowania bliźnim urody cielesnej – jeśli się ją  posiada się. Zwłaszcza, gdy klasyczna rzeźba ciała została okupiona potem, łzami i wyrzeczeniami. A w utrzymaniu perfekcyjnej formy Polakom, a zwłaszcza Polkom, najbardziej przeszkadza… polityka gospodarcza. Uświadomiłam to sobie zimą tego roku, kiedy obywatele PRL-u szturmowali do sklepów, i tak ogołoconych z dóbr. Nikt nie myślał o sylwetce ani o tym, co przyspiesza jej deformacje. Większości Polaków marzyło się tylko wielkie żarcie. Gdy mąż pokuśtykał do łazienki wymoczyć palec uszkodzony przez puszystą damę, zadumałam się nad dostarczonymi przez męża surowcami na dwa weekendowe obiady. Chyba będziemy musieli przerzucić się na kuchnię jarską. W sobotę obrałam seler, pokroiłam na plastry centymetrowej grubości. Obgotowałam je w osolonej wodzie; półtwarde wyjęłam z wywaru; przełożyłam do misy; zalałam szklanką wytrawnego wina. Przygotowałam sos: dwa zmiażdżone ząbki czosnku, łyżka oliwy, połowa szklanki czerwonego wina, połowa szklanki wywaru z selera. Wymieszałam, zagotowałam. W drugim naczyniu sporządziłam inną mieszankę: dwa żółtka ukręcone z 10 dkg żółtego utartego sera, pół pojemnika śmietanki, szklanka kefiru; sól, pieprz, zioła prowansalskie. Gdy sos w garnuszku wrzał, polałam nim położone na wysmarowanej masłem patelni plastry selera. Lekko obustronnie podsmażone zalałam śmietanowo-serową pulpą. Patelnię przykryłam, zmniejszyłam ogień; poczekałam, aż ser się rozpuści. Selerowe „kotlety” wydałam posypane posiekaną natką; do tego ciepła bagietka. Deserem był oprószony cukrem-pudrem grejpfrut, wstawiony pół godziny przedtem do lodówki. Po nim – czarna kawa plus krówki ciągutki.   Tego wieczora rodakom złaknionym strawy (kulturalnej) oraz kobiecego piękna TVP przygotowała ucztę: film z Sophią Loren. Gwiazda cały czas pozostawała ubrana, a mimo to wydawała się pozbawiona cielesnych tajemnic. Obcisłe szatki efektownie eksponowały jej krągłości i przewężenia.  – Ona podobno uwielbia makaron a jakoś tego pop niej nie widać, zauważył mąż. – Widocznie nie obżera się na zapas, odparłam. – Wolałbym dostać w biodro jej biodrem niż być deptanym przez rozdeptane potwory. Mąż najwyraźniej wciąż rozpamiętywał wczorajsze poniżenie. Żeby nie kontynuował tematu, podrzuciłam ciekawszy: czy ubiór zakrywa kształty, czy je podkreśla? Gapiąc się na nieziemsko seksowne biodra pani L., w roztargnieniu żuliśmy ciągutki. W takich oto okolicznościach powstał pierwszy, powyżej przytoczony przepis. I tak było przez całą książkę – tło historyczno-prywatne służyło mi za tacę dla dania, przygotowanego przeze mnie bądź znajomych, przyjaciół, członków rodziny. Przysięgam, każda potrwa sprawdzona, zjedzona, czasem odchorowana! Receptury brane z głowy, komponowane na wyczucie; niektóre z tradycji;  jeszcze inne z ustnych przekazów. Bo to była epoka, kiedy książki kucharskie – o ile ktoś takową posiadał – okazywały się niekompatybilne do realiów. Czytelnicy zapewne zwrócili uwagę na niebanalną technikę preparowania selera tudzież sosu imitującego beszamel. Zapewniam – było smaczne. A może miałam wtedy kubki smakowe w zaniku?


Zobacz także

POLECANE KSIĄŻKI