Psychologia Styl Życia Seks Parenting Moda i uroda Zdrowie Przepisy Kultura Rozwój Księgarnia Sklep Cyfrowy

Małkowska:„polish ham”, kukurydza Fructopolu i polsko-węgierskie sałatki


10 października 2013 Kuchnia Moniomentalna Monika Stachura
123rf.com
Kiedyś Budapeszt wydawał mi się rajem – na jego tle PRL-owska Warszawa prezentowała się skromnie, i to pod każdym względem: architektonicznym, kulinarnym, zabawowym. Klimat wielkiego świata – Dunaj, mosty, knajpki, wina, no i ten Balaton na wyciągnięcie ręki.

W ostatnich latach odwiedziliśmy węgierską stolicę dwukrotnie. I co? Domy jak stały, tak są – tyle że trochę zaniedbane. Knajp pełno – ale gości mało. Jedzenie znakomite – jednak wszystko mniej smakuje, jeśli dookoła tylko cudzoziemcy lub… puste stoliki. Sklepy o wiele gorsze niż u nas albo te same sieciówki. Tylko wystawy w co ważniejszych muzeach nie utraciły rangi. Jednak ogólnie, Budapeszt zgubił gdzieś tamtą cudowną radosną aurę. Jest ponuro, wręcz depresyjnie. A może tylko ja tak odebrałam to miasto, pamiętając jego młodszą o 25 lat twarz? Kata znaczy Kaśka (Przepisy na gorące danie z kukurydzy, sałatkę „polską” i sałatkę „węgierską”) Niewiele brakowało, a latem 1985 roku oglądałabym tylko fasadę Muzeum Sztuk Pięknych, bez zagłębienia się w to, w środku. Tygodniowy pobyt w stolicy Węgier niemal w całości upłynął nam – czteroosobowej ekipie z Warszawy – na organizowaniu trzech wystaw polskich artystów i na wyszarpywaniu od węgierskich partnerów obiecanych diet. Uprzejmość attaché kulturalnego Ambasady Polskiej, Barbary Wiechno sprawiła, że dostaliśmy jeszcze dwa dni ekstra – u niej w mieszkaniu. To był już czas całkowicie wolny od zajęć. Moja wdzięczność wyraziła się w parze jedwabnych spodni, które nie zdążyły mi się nawet opatrzeć. Ale Basi się podobały, a El Greco, Velazquez i Goya na pewno byli ich warci. Trzy lata później nasza dobrodziejka skończyła sprawować swoje kulturalne obowiązki na obczyźnie; wróciła do Warszawy, znajdując pocieszenie w częstych kontaktach z węgierskimi przyjaciółmi. Zadzwoniła do nas, kiedy w Warszawie bawiła Koty Néray, dyrektorka Mucsarnoka, odpowiednika warszawskiej Zachęty. Zaprosiłam obydwie panie na domową kolację. Spotkanie zostało wyznaczone na wrześniowy piątek. Czwartkowe popołudnie spędziłam wraz z mężem na zakupowych wędrówkach od Grochowa do Centrum. I wtedy wstępna koncepcja menu legła w gruzach – większość produktów leżała w sferze marzeń, nie na półkach. Do wystawności kolacji niespodziewanie przyczyniła się moja przyjaciółka, z nieuzasadnioną hojnością wręczając mi puszkę „polish ham”. Drugim uśmiechem losu okazała się puszkowana kukurydza, wytropiona we Fructopolu. O jarzyny i owoce we wczesnym jesiennym sezonie nie było trudno. Miałam więc już wszystko, by zawalczyć o tytuł złotej patelni ulicy Rozłuckiej. Akcję rozpoczęłam w piątkowy ranek. Mąż wykręcił się od pomocy, tłumacząc to spotkaniem w Instytucie Czechosłowackim. W czasie, gdy on tam zmagał się z parówkami i piwem, ja zmierzyłam się z szynką. Na przystawkę miały się złożyć plastry „hama”, wędzony schab i upieczony indyk na zimno.Do tego – dwie sałatki. Sosy do nich przygotowałam kilka godzin przed spotkaniem, żeby się przegryzły. Potem zajęłam się sobą – odbyłam wizytą u pedicurzystki. Ta, jak zwykle, działała z godzinnym poślizgiem, co tego dnia ze zrozumiałych powodów lekko mnie zirytowało. Wcierałam właśnie krem w spracowane dłonie, gdy pojawiły się panie gościówki. Po wstępnym paplaniu o wszystkim naraz, zaprosiłam je do zburzenia przystawkowych kompozycji. Oprócz mięs zaproponowałam sałatkę „polską”: pokrojone w ćwiartki pomidory, zalane sosem z jogurtu z solą, pieprzem, ząbkiem czosnku; posypane po wierzchu nitkami czuszki. Druga sałatka także nawiązywała barwami do flagi, tym razem węgierskiej: pocięte w kwadraciki papryki w trzech kolorach –czerwonym, zielonym i jasnożółtym, doprawione sosem vinegrette, posypane koperkiem. Ciepła potrawa, dla której daremnie szukałam adekwatnej nazwy, czekała na swą kolej w głębokim żaroodpornym naczyniu. Chyba się udało, bo wszyscy prosili o repetę. Wtedy Basia zaproponowała, żeby danie nazwać imieniem jej przyjaciółki. Koti zgodziła się, z zastrzeżeniem, żeby zamiast zdrobnienia dać poważniejszą wersję: Kata, co po polsku odpowiada Kaśce. Poprosiła (może z uprzejmości?) o przepis na Katę. Dałam: puszka odsączonej z zalewy kukurydzy, dwadzieścia deko szynki, dwa jajka, pęczek kopru (posiekanego), ogórek wąż, cytryna i przyprawy. Oraz, jak kto lubi, utarte żółte sery. Szynkę i ogórek pokroić w kostkę rozmiarów mniej więcej ziaren kukurydzy. Ogórkową kostkę wrzucić na wrzącą osoloną wodę, zblanszować.  Potem wymieszać z szynką i kukurydzą. Skropić obficie sokiem z cytryny. Przygotować sos: dwa żółtka zmieszać z połową butelki śmietanki, dosypać ostry utarty ser, wcisnąć sok z cytryny, dodać łyżeczkę sosu sojowego, szczyptę pieprzu, imbiru, soli. Na dnie żaroodpornego naczynia rozpuścić łyżkę masła. Gdy się rozpuści, wsypać wyżej wspomnianą mieszankę. Podgrzewać pięć minut mieszając. Potem zalać sosem i wstawić na kwadrans do piekarnika. Posypać koprem. Podawać z bagietką i ciemnych chlebem sitkowym. Popijać białym półsłodkim winem – najlepiej tokajem z węgierskiej piwnicy. Najlepiej takim jak ten, który tego wieczoru przyniosła Kata. PS. Aż się wzruszyłam, czytając ten odcinek – puszka kukurydzy jako „‚zdobycz”! Fructopol! „Polish ham”! Ale tak było. I smakowało. Nawet bardzo.


Zobacz także

POLECANE KSIĄŻKI