Małkowska:Śledź nie doczekał

123rf.com

Twórcze osobowości nigdy nie zamykają się w granicach jednej jedynej dziedziny. Szukają, zmieniają pola działania, próbują z każdej czynności wycisnąć coś dla siebie. Byle nie nudzić się, byle nie wpaść w rutynę. Kiedyś to przeczuwałam – teraz jestem pewna.
Przez całe życie spotykałam ludzi utalentowanych – zdało by się, w jednym kierunku. Przy bliższym poznaniu okazywali się posiadaczami wielostronnych uzdolnień. O tym panu, u którego bawiliśmy przed ćwierć wiekiem, mogłabym opowiadać dużo. Był moim profesorem malarstwa na ASP, ale zanim poszedł w belferkę, był dyplomatą, scenografem, dziennikarzem, gawędziarzem, kucharzem, itp., itd…

reklama

Śledź nie doczekał (Przepisy na rolmopsy ze śledzi, wódkę orzechówkę i cielęce eskalopki)

Zaczęło się od śledzi. Leżały na ladzie sklepu rybnego  tłuste, oczyszczone, elegancko popakowane w plastikowe torebki. Dlaczego nie budziły ludzkiej pożądliwości, nie mogłam pojąć. Widać ich pora jeszcze nie nadeszła. Rodacy krzątali się jak co dzień, nie mając wyobraźni na rybę kojarzoną z Bożym Narodzeniem. Ale my otworzyliśmy dla nich – śledzi – serce i sakiewkę. Nabyliśmy paczkę. Zajęłam się nimi od razu po przyjściu do domu. Każdą wyjętą z zalewy sztukę płukałam, czyściłam, suszyłam. Potem smarowałam grubo musztardą, obsypywałam posiekaną drobniutko cebulą, posypywałam ziarenkami gorczycy, białego i czarnego pieprzu, obkładałam plasterkami cytryny. Zwijałam potem rybki w rulony, w środek wkładając kawałek kiszonego ogórka oraz słupek słoniny. Zawilce spinałam wykałaczkami i przekładałam do dużego słoja. Pomiędzy ciasno poukładane śledzie wciskałam to kilka ziarenek pieprzu, to listek bobkowy. Wszystko zalałam oliwą tak, żeby żadna ryba nie wystawała ponad jej poziom. Kończyłam ubijanie śledzi w słoju, gdy zadzwonił telefon.  – Co tam u was słychać, jakoś się nie odzywacie… – zagaił głos Eugeniusza Markowskiego. Spontanicznie, jako przyczynę tego zaniedbania podałam śledzie. – To się doskonale składa! Mam znakomitą pieprzówkę i orzechówkę własnej roboty. Może wpadlibyście na śledzika… To jest, wy przyniesiecie zakąskę, ja wykombinuję coś na gorąco – rozentuzjazmował się Eugeniusz. – Wsadźcie kilka rolmopsików do słoika i przybywajcie! Nareszcie pogadamy – nęcił. Nie można było odmówić Markowskiemu. Z racji wieku, sympatii do niego, wreszcie – śródmiejskiego usytuowania jego mieszkania. Dostosowaliśmy się do jego życzenia. Ze śledziami przegryzionymi po kilkudniowym leżakowaniu stawiliśmy się pod jego drzwiami na roku Kruczej i Widok. Otworzył owinięty szalikiem – w jego mieszkaniu-pracowni nawalało ogrzewanie. Ale nie tracił humoru. Odkrył właśnie nowy gatunek pieczywa – razowego, ale z pełnym żytnim ziarnem. Był tak ucieszony, jakby znalazł żyłę złota. Poniekąd miał rację  – pieczywo wspaniale pasowało do rolmopsów i pieprzówki, a jeszcze lepiej do tego samego plus orzechówka. Jej sporządzenie okazało się dziecinnie proste – choć dzieciom nie polecamy. Jesienią, kiedy są świeże, zielone orzechy, kilka mokrych jeszcze sztuk miażdży się i zalewa czystą wódką. Po kilku dniach nalewka jest gotowa. Po kilku tygodniach – rewelacyjna. I czarna. Po przerwie na oglądanie nowych prac Eugeniusza nadeszła kolej na eskalopki. Do nich gospodarz zaserwował czerwone wytrawne wino. Danie wykonał w naszej obecności. Niewielkie kawałki cielęciny rozbił tłuczkiem, posolił i rzucił na rozgrzany ruszt. Gdy mięso zaczęło skwierczeć, polał je wytrawnym winem, przerzucił na drugą stronę, znów doprawił solą i pierzem, chwilkę smażył i natychmiast podał do zajadania. Już na talerzach polał oliwą i winem (!); do tego zaserwował sałatę na modłę francuską, następnie grapefruita z serem brie. – Moje idee to surowiec, z którego dopiero mogę zrobić obraz. Forma w sztuce jest równie ważna jak idea, to jedność – Markowski zaczął tłumaczyć swoje podejście do malarstwa. – W sztuce nie wystarczy ani sam rozum, ani sama pasja. Oba elementy do końca są nieokreślone, ale muszą być ze sobą dogłębnie zmieszane. Dopiero wtedy można wyrazić to, co się chce. Moją sztukę nieraz uważa się za nieprzyjemną i agresywną. Taka niejednokrotnie ma być – wywoływać emocje, nie przymilać się do widza. Zawsze najbardziej pociągały mnie pasje – na wszystko patrzyłem pod ich kątem. Interesowały mnie tak samo jak podróże, muzyka, moda, jedzenie, miłość. Te różnorodne źródła wrażliwości stały się potem materiałem budowania malarskich wizji… Eugeniusz Markowski naprawdę wiedział, o czym mówi. Kawa też była pyszna.