Harel: Dobrze, że w Polsce nie ma piwa Kelt

http://softandslow.com/2012/04/01/harel/

Autorkę jednego z pierwszych polskich blogów poświęconych modzie znam od lat, a właściwie czytam regularnie. Wreszcie miałyśmy okazję poznać się na żywo! Okazało się, że Harel jest nie tylko modową ekspertką ale też wielką koneserką jedzenia. O zmysłowym smakowaniu życia oraz o spotkaniu z Hrabalem w praskim barze Świat potrafi mówić długo i niezwykle barwnie.
Pieprzna historia (Wspomnienie smaku z podróży) Moje pierwsze wspomnienie przywiozłam z rodzinnych wczasów w Bułgarii. Miałam wtedy sześć lat i nie znałam innej kuchni niż polska. Tam odkryłam kebabcze i sałatkę szopską, smak,  których później szukałam latami. Udało mi się je wreszcie odnaleźć kilka lat temu w bułgarskiej stołówce przy ulicy Bobrowieckiej. Smak zmienia się też wraz z upływem lat – miałam okazję się o tym przekonać, gdy zamówiłam czekoladowego szejka w Burger Kingu. Pierwszy raz spróbowałam go w Londynie w ’89 roku. Rodzice kupili go nam z siostrą na spółkę. Rozkoszowałyśmy się nim długo. Ten zamówiony po latach był nie do wypicia. Nie byłam specjalnie frytkowa aż do momentu mojego pobytu w Belgii. Na miejscu spotkało mnie prawdziwe frytkowe zauroczenie, które zaowocowało dodatkowymi czterema kilogramami. W Belgii zjadałam też wielkie ilości muli i uwielbiałam je popijać białym winem. W Pradze natomiast jestem piwna. Potrafię wypić bardzo dużo piwa Kelt – takiego praskiego guinnessa, tyle że dwa razy mocniejszego. W Polsce na szczęście go nie ma. Do niego obowiązkowo zjadam smażony ser z frytkami i sosem tatarskim albo kaczkę z knedlikiem i kapustą. Ja jestem hrabalówa, w Pradze szukam zawsze śladów mojego ukochanego pisarza, który zresztą fenomenalnie potrafił pisać o jedzeniu. Udało mi się odnaleźć bar Świat w którym uwielbiał przesiadywać. Ten prawdziwy, bo barów Świat w Pradze jest bardzo dużo, jak dużo jest turystów dających się złapać na taki chwyt marketingowy. Byłam też w restauracji nazwanej na jego cześć tytułem jednej z książek – Zbyt głośna samotność (Hlucna Samota). Była pogoda jak teraz w Warszawie, parno i duszno, a ja zafundowałam sobie coś co miało nazwę Staroczeskiej patelni. Kluseczki w stylu szpecli smażone z boczkiem i kapustą. To było strasznie ciężkie, ale jakie smaczne! Czuję miętę do… (Danie, przysmak, do którego masz prawdziwą słabość) Ach, to znowu będzie opowieść o utraconym smaku. Ciasto drożdżowe mojej babci, takie proste posypane tylko grubym cukrem. Szukam go we wszystkich ciastach drożdżowych świata i nie mogę znaleźć. W nim była babcina energia, smak wysłużonej starej kuchenki i porcelany, w której zawsze je podawała. Kiedyś poprosiłam babcię, by zrobiła je razem ze mną. Zapisałam przy tym dwie strony maczkiem. Potem próbowałam odtworzyć – bez skutku, ciasto odeszło razem z babcią. Apetyt rośnie w miarę jedzenia (Twoje ulubione restauracje i kawiarnie, do których zawsze wracasz) Dla jedzenia zniosę dużo. Burger Bar (ul. Puławska 74/80, wejście od Olkuskiej) ma okropną obsługę. Po pierwszej wizycie, podczas której mnie skrzyczano za brak drobnych i poinstruowano, by nie ruszać się z miejsca przez czterdzieści minut do czasu odebrania kanapki, powinnam więcej nie wracać. Tymczasem gburowatych panów odwiedzam regularnie i ubóstwiam ich hamburgery. Od czasu do czasu muszę też pójść do Szarloty. Mam gdzieś ten cały lans, jeśli w grę wchodzi śniadanie z konfiturą i kremem czekoladowym. Z miejsc w kategorii „extra” na szczególe okazje lubię Porto Praga –świetne ryby, drinki oraz bardzo przystojny szef kuchni:) Lubię też Beirut (Poznańska 12) i obok Tel Aviv (Poznańska 11), Mały Belgrad (ul. Belgradzka 4, Ursynów) – ze względu na sentyment do bałkańskich stron. Co jakiś czas funduje sobie wizytę w Nowym Szanghaju – położonym bardzo „malowniczo” w starym pawilonie nad Biedronką (ul. Sobieskiego 18) – gdzie zjadam zupy, bardzo esencjonalne wywary z makaronami. Chyba lubię knajpy, które niczego nie udają, gdzie jest najprościej, jak może być.  Tak też jest w Śniadaniowni (ul. Dąbrowskiego 38). Jedzenie śniadań na mieście to wielka zaleta mojego wolnego zawodu, którą sobie wysoko cenię. Cieszę się, że w Warszawie jest coraz więcej takich niezobowiązujących miejsc i można zjeść nawet o 3 w nocy. Jeszcze parę lat temu to było nie do pomyślenia. Głodnemu chleb na myśli (Miejsce z jedzeniem na wynos, które ratuje Cię od śmierci głodowej na środku ulicy) Prowadzona przez Włocha Bella Napoli (ul. Nałęczowska 60) ma świetne proste pizze i makarony. Dzwonię do nich kiedy nie ma nic w domu i nikomu nie chce się gotować. Lubię wpadać też do rosyjskich delikatesów na Saskiej Kępie (Russkiy Gastronom, ul. Zwycięzców 28) po suszone rybki pakowane jak chipsy. Bułka z masłem (Danie, które potrafisz zrobić samodzielnie) Jestem z gotującej rodziny. Moja siostra nim nauczyła się czytać piekła już biszkopty, gotuje też mama, a nawet tata, który przywozi ze świata przyprawy i pomysły na potrawy. Mój mąż też – ostatnio jest zafascynowany pieczeniem chleba, który wychodzi mu wyśmienicie. Ja w tym zestawieniu wypadam najgorzej, ale na moje potrzeby wystarczająco. Podobno jestem dobra w deserach. Przyznaję, wychodzą mi ciasteczka i małe rzeczy, które nazywam cateringiem. Mam taki popisowy numer, za którym przepadają moi najbliżsi. Podpatrzyłam go u Nigelli, której książkę bardzo roztropnie kupił mi kiedyś na gwiazdkę mój mąż. To trifle w nieco odchudzonej wersji, bo 36 % kremówkę zastępuje mlekiem. Składa się z trzech warstw – pierwsza to biszkopty nasączone syropem malinowym zagotowanym z trawą cytrynową, potem jest krem waniliowy z żółtek i wspomnianego mleka, a na wierzchu bita śmietana. Jak się całość dobrze schłodzi w lodówce, można kroić jak tort. To jest rzecz, którą mogę zjeść w każdej ilości, podobnie zresztą jak zapiekanki ze słodkich ziemniaków. Mogę je jeść, dopóki nie stracę przytomności. Trifle Harel przygotowane na parapetówkę na trzydzieści osób Deska ratunku (Skąd bierzesz przepisy, jeśli nie tylko w brzuchu ale i w głowie pusto) Chodzą za mną smaki i wtedy szukam na nie przepisu. Tak było, gdy naszło mnie na ruskie pierogi podczas naszego pobytu w Brukseli. Z tęsknoty za krajem odnalazłam przepis w internecie i ruszyłam do polskiego sklepu po biały ser. Często też wymieniam się przepisami z moją siostra i mamą, wtedy dzwonimy do siebie i wypytujemy o szczegóły. Musztarda po obiedzie (Miałam okazję, ale nie spróbowałam) Z daleka omijam móżdżek. Podroby mogę zjeść, ale chyba moja granica przebiega na wysokości serca zwierzaka. Ozora też nie tknę. Harel Autorka bloga „O modzie subiektywnie”. Uzależniona od muzyki i dobrej kuchni. Od półtora roku jej życiem steruje pies. Fot.: Soft&Slow, arch. prywatne  

reklama