Wedrówki Wszystkich Świętych

Kiedy byłam małą dziewczynką, czekałam z niecierpliwością na Wszystkich Świętych. Przy grobach dziadków, którzy zmarli na długo przed moim urodzeniem, spotykała się cała rodzina. Ciocie, wujkowie, kuzynowie. Wszyscy przynosili donice z kulami złocistych i białych chryzantem, pachniało dymem z płonących dookoła zniczy.

reklama

Zmrok, ogień, przeróżne zapachy dodawały temu miejscu mistycyzmu Pamiętam starego księdza, który zatrzymywał się przy grobie dziadka i opowiadał bardziej jemu niż nam jakąś anegdotę (bo dziadek Michał słynął z poczucia humoru). Rozmawialiśmy o tym, co się zmieniło w ciągu roku. Potem wszyscy szliśmy na wspólny rodzinny obiad. Świątecznie obfity, wystawny, pełen kresowych smaków. Siedzieliśmy wspólnie długo, godzinami. Starsi wspominali tych, którzy odeszli dawno i tych z ostatniego roku. Krewnych, znajomych. Mówili o nich tak, jakby tamci krążyli gdzieś obok. To nie były smutne spotkania, ale pełne śmiechu, anegdot i opowieści rodzinnych, powtarzanych z pokolenia na pokolenie. To było oswajanie śmierci. Nauka szacunku do tego co tu i teraz. Dopiero po wielu latach zrozumiałam, jak ważne jest to dla odnajdywania sensu życia.

Szczególnie w dużych miastach, zapatrzeni w blask świata, zapominamy o przemijaniu, starości, chorobie, o tym, że kiedyś nas nie będzie. Nie rozmawiamy z bliskimi, z dziećmi o śmierci. Szukamy synonimów dla tego jakże przerażającego słowa. Mówimy odejście, przemijanie. Słowo „śmierć“ wzbudza w nas lęk.

Może, odbywając, często rutynowe, wędrówki po cmentarzach, stawiamy kwiaty, zapalamy znicze i biegniemy dalej. A ja myślę, że dobrze wykorzystać ten dzień na chwilę namysłu nad życiem, tym, co się z nami dzieje. To też okazja do snucia wspomnień, może okazja, żeby usiąść przy stole, na którym znajdą się ulubione potrawy naszych bliskich zmarłych? Poopowiadajmy, szczególnie młodszym, anegdoty z życia tych, których już nie ma. Rozpamiętujmy nie śmierć, ale piękne chwile, które były naszym udziałem.

Bo jak inaczej cieszyć się życiem, jeżeli nie zaakceptujemy śmierci? Nic nie pomogą iluzje wiecznej młodości. Nie zaczarujemy rzeczywistości. Dlatego jestem przekonana, że warto, choćby z okazji pierwszych listopadowych dni, powspominać, porozmawiać, pobyć ze sobą. Potrzebujemy oswojenia się ze śmiercią. Dzięki temu poradzimy sobie z tym, że będziemy kiedyś musieli bliskiej osobie powiedzieć, że choroba wygrywa, że pozostaje dobre przygotowanie się do śmierci. Albo sami będziemy umieli wykorzystać czas, ten niewielki, który kiedyś nam pozostanie. Oswajanie śmierci to nie ciągłe myślenie o niej, ale możliwość pełniejszego wykorzystania życia. Żeby cieszyć się każdą chwilą, potrzebna jest nam odwaga mówienia o śmierci.

Jak wspominam te pierwszolistopadowe spotkania dużej rodziny i znajomych po wielu latach, mam przed oczami kalejdoskop twarzy. Wielu z nich już nie ma, inni, tak jak i ja, wyjechali daleko, spotykamy się rzadziej, ale zawsze serdecznie i ciepło.

Kiedy przymykam oczy i myślę o pierwszym listopada, czuję zapach unoszący się z talerzy pełnych galarety, którą robiono u nas w domu w ilościach hurtowych, żeby na pewno dla nikogo nie zabrakło. Kilka rodzajów mięs, czosnek, przyprawy – do tej pory ten zestaw kojarzy mi się z wielką radosną biesiadą. Ja najbardziej lubię tę drobiową. Kawałeczki mięsa zatopione w klarownym wywarze.

Składniki
  • Różne rodzaje mięsa: udziec indyka, pierś indyka, pierś i nóżki perliczki, kawałek łopatki cielęcej, kura to co lubicie i kupicie, ale zawsze minimum 3 rodzaje mięsa w sumie ok 2 kg mięsa
  • Włoszczyzna jeden gotowy pęczek, z selerem, porem, marchewką, pietruszką i koniecznie kawałkiem włoskiej kapusty
  • Przyprawy: ziele angielskie (2-3 ziarenka), grubo mielony pieprz i sól do smaku, 2-3 listki laurowe
  • Żelatyna zgodnie z przepisem na opakowaniu
  • Kapary (babcia Anastazja robiła je sama!) 4 łyżki
  • Czosnek duża główka
Sposób przygotowania
  1. Płuczemy wszystkie kawałki mięsa. Zalewamy je zimną wodą i zostawiamy na pół godziny.

  2. Obieramy i kroimy w duże kawałki.

  3. Obieramy czosnek, 4 ząbki dodajemy do warzyw, resztę odkładamy na potem.

  4. Odlewamy wodę z mięsa i wstawiamy je do gotowania, po zawrzeniu dodajemy warzywa, czosnek i przyprawy.

  5. Zmniejszamy ogień i pozwalamy całości powolutku się gotować, przez około 3-4 godziny. Gotujemy bardzo powoli, bo inaczej galareta będzie mętna a mięso łykowate.

  6. Po sprawdzeniu, że mięso jest już miękkie, wyjmujemy je z wywaru.

  7. Płuczemy dokładnie kapary i dodajemy do naczyń z mięsem

  8. Kroimy lub rozdzielamy mięso rękoma na niezbyt wielkie kawałki. Układamy w naczyniach, w których będzie zastygała galareta.

  9. Odcedzamy wywar, przelewamy do do garnka, wrzucamy do niego posiekany drobno czosnek (4-5 ząbków). Doprowadzamy powoli wywar do wrzenia.

  10. Do gorącego wywaru dodajemy żelatynę, dokładnie mieszamy i zalewamy mięso.

  11. Pozostaje poczekać, aż galareta zastygnie

  12. Podajemy bardzo schłodzoną, dodatkami może być ocet, cytryna lub chrzan

Podsumowanie przepisu

Moje wspomnienie z dawnych rodzinnych biesiad to galareta, którą robię czas od czasu dla najbliższych. Uwielbiam ten rytuał, a potem patrzenie, jak zareagują na pierwszy kęs. Przeszukajcie swoje wspomnienia, odwiedzając groby na cmentarzach i znajdźcie swoje smaki, takie, którymi podzielicie się z bliskimi tak jak anegdotami z życia dawno zmarłego dziadka