Psychologia Styl Życia Seks Parenting Moda i uroda Zdrowie Przepisy Kultura Rozwój

Średniowieczne zwyczaje kulinarne i prawo boskie


Kilka wpisów temu, wspominałam wam o tym, że na przestrzeni dziejów nasz sposób odżywiania był na różny sposób regulowany przez religię. Dziś opowiem, jak to sobie wymyślili kapłani w czasach Średniowiecza.

W owych czasach hierarchizacja świata odbywała się wertykalnie w obliczu Boga. W ten sposób cztery żywioły zostały oznaczone następująco: ogień, najbliższy Bogu; następnie powietrze (a więc niebo, czyli tam gdzie Bóg i anioły zamieszkują); woda; a na końcu ziemia, jako najbardziej oddalony od Stwórcy żywioł. Od tej hierarchii wypływa kategoryzacja zwierząt oraz roślinności, którą bezpośrednio przełożono na warstwy społeczeństwa w owych czasach, czyli: arystokracja, kapłani oraz wieś i ubodzy.

„Najgorsze” więc były warzywa rosnące pod ziemią, takie jak cebula, por, czosnek i im podobne, zaś już mniej „pospolite” były wszelkie warzywa wyprowadzające liście ponad ziemię, takie jak szpinak, sałata czy – jeszcze lepiej – warzywa strączkowe, które nawet ziemi nie tykają. Kolejny poziom to oczywiście zboża i owoce rosnące na drzewach.

Co z mięsem? Oczywiście, był podział na zwierzęta, które stąpają po ziemi i te latające. Wszelkie ptactwo było przeznaczone dla arystokracji. Co ciekawe, również mięso z ryby było zarezerwowane dla sfery bogatej. Także kapłani nie stronili od jej spożywania i nawet, gdy ryby okazały się być towarem luksusowym – ze względu na ich cenę – to historia wspomina o symulowaniu choroby przez niektórych mnichów, by jednak mieć prawo do jedzenia.

O tych wszystkich podziałach szczegółowo pisać nie będę, bo trwałoby to dłużej niż wasza cierpliwość. Jednakże chciałam wspomnieć o tym, że w wyniku podziału żywiołów równie istotny był sposób przygotowania potraw. A więc arystokracja spożywała przeważnie dania pieczone, oczywiście z dużą ilością przypraw, czasem bardzo egzotycznych, które były kolejnym wyznacznikiem ich miejsca w społeczeństwie, zaś pospólstwo jadło dania raczej gotowane. We Francji podstawą żywienia tych ostatnich był chleb, wino „i coś”… ech, jakie nieszczęście… wino i chleb!

Z tak zwanych ciekawostek dropsa, powiem wam, że w tamtych czasach człowiek na wsi spożywał około 6000 kalorii dziennie, by mieć siłę w codziennych pracach. Bazując przeważnie właśnie na chlebie. Dukan chyba by nie miał w tamtych czasach wzięcia…

Nigdy by mi nie przyszło na myśl, że coś, co jem, może być bliżej lub dalej od Boga. Owszem, może być mniej lub bardziej „szlachetne”, jednakże taka kategoryzacja była i jest mi kompletnie obca. Na pewno mój ateizm ma tu wiele do rzeczy, jednakże abstrahując od tego, ktoś/coś musiało tę żywność stworzyć, prawda?


Zobacz także

POLECANE KSIĄŻKI