Psychologia Styl Życia Seks Parenting Moda i uroda Zdrowie Przepisy Kultura Rozwój Księgarnia Sklep Cyfrowy

Małkowska, awokado i wątek kostki rybnej


18 kwietnia 2013 Kuchnia Monika Małkowska

Wątek kostki rybnej podjęłam nie od czapy – wywołał go kolejny fragment „Życia na przekąskę”. Zapraszam do stołu! Fiolet ulepszony (przepis na danie z filetów rybnych w sosie z awokado) Melchior Wańkowicz miał rację: są rzeczy mniej smaczne od dorszy. Nawet od tych występujących pod postacią mrożonych filetów. Wygrzebałam z zamrażalnika cztery kostki rybne, na domowy użytek zwane fizdetami. Zdrapywałam im właśnie panierkę niewiadomego pochodzenia – i przy tej czynności zaskoczył mnie mąż. Niespodzianką było jego wcześniejszy niż oczekiwałam powrót do domu. Co gorsza, od progu sygnalizował potrzebę spożycia pokarmu. – Nie martw się, mam coś wspaniałego na obiad! – pocieszał, wyciągając w moim kierunku dłoń. Leżała na niej duża zielona gruszka. Awokado! Skąd on to wziął? Mąż wyglądał jak brodata Ewa kusicielka. Zachowałam się jak Adam – przyjęłam owoc. Tym samym porzuciłam myśl o pisaniu wstępu do katalogu Jana Dobkowskiego. A deadline zbliżał się wielkimi krokami. – Katalog nie zając, nie ucieknie – próbował żartować mąż. Nie podjęłam tematu. Skupiłam się na posiłku, który ze spartańskiego niespodziewanie przeobrażał się w królewski. Fizdety z trudem rozmrażały się, więc był czas na awokado. Wsadziłam pokrojoną gruszkę do miksera z dodatkiem drobno posiekanej cebulki, soku z cytryny, soli i pierzu. Po zmiksowaniu, wzbogaciłam pulpę dwiema łyżkami oliwy, wlewając je powoli i nieustannie mieszając. Nadeszła pora ryby (swoją drogą, z jakich gatunków składa się ta kostka? Dorsz mógł być tylko rybą tytułową). Obtoczyłam kostki rozbełtanym jajkiem, firmową panierkę zastąpiłam własnej produkcji Tak udoskonalone filety trafiły na rozgrzany na patelni olej słonecznikowy (podobno najszlachetniejszy z dostępnych w detalu).Usmażone prostokąty ozdobiłam kopiastymi łyżkami kremu awokadowego, zwieńczając porcje plasterkiem cytryny. Rybie towarzyszyły ziemniaki.  To powrót, a nie wygnanie z raju – mąż komplementował obiad, dumny ze swego zakupowego wyczynu. Drzemał, gdy klawisze mojej maszyny do pisania wystukiwały uwagi o raju z przedstawień Dobkowskiego. Szło mi gracko, aż… zabrakło puenty. Jak zakończyć rzecz o rajskich wizjach? Nie, żebym tam szukała natchnienia – ale odruchowo zerknęłam na lodówkę, w której tkwiła kilogramowa porcja fizdetów, nabytych „na wszelki wypadek”. Czyli – najbliższe dni. Trudno było liczyć na kolejny uśmiech losu w postaci awokado: nie co dzień mąż przechodził obok bazaru na Polnej. Jednak daliśmy radę dorszom, czy co tam jej udawało. Raz przyjęliśmy je z dodatkiem pieczarek, innym razem – polane śmietanką i posypane utartym żółtym serem. Trzymałam się tylko jednej zasady:  zlikwidować kupną panierkę. – Kryzys przetrwamy z pomocą dorsza – do takiego wniosku doszedł mąż. Mylił się: na czwarty fizdetowy wariant nie miałam pomysłu.




Zobacz także

POLECANE KSIĄŻKI