Psychologia Styl Życia Seks Parenting Moda i uroda Zdrowie Przepisy Kultura Rozwój

Co zjeść na warszawskiej ulicy?


27 października 2011 Nakarmiona Starecka Basia Starecka
123rf
Są takie dni, kiedy latamy po mieście jak kot z pęcherzem i zajęci jesteśmy tzw. „załatwianiem spraw”. Głód wtedy dopada znienacka i podstępnie, a my zupełnie nie mamy czasu, by odpowiednio się nim zająć. Do dyspozycji pozostaje nam jedynie uliczne jedzenie, którego w Warszawie niestety wciąż jest mało jak na lekarstwo.

Oczywiście tęsknie do smakołyków, którymi uraczyć potrafią wielkie światowe metropolie i marzą mi się podobne w moim mieście. Ilekroć jestem w Londynie ustawiam się w gwarnym, kolorowym tłumie na Portobello Road, by dostać swoją porcję paelli, czy przejeżdżam całe miasto do Camden Town na popołudniową wyprzedaż najlepszego hinduskiego żarcia na świecie. W Paryżu czy Rzymie można awaryjnie zapchać się kasztanami lub crepsami z nutellą, a w San Francisco kawałkiem pizzy, który jest co najmniej wielkości moich pośladków (obu) zresztą wybornie smacznym, szczególnie w wersji z oliwą i główką czosnku. W Tijuanie kupić można burrito podawane w plastikowym koszyczku w anturażu z nachosów z blaszanej budy. Berlin ma swoje Currywurst i tureckie kebaby, które można zapić szklanicą herbaty z całej sadzonki mięty, a Budapeszt kiełbasę z mangalicy, wyjątkowej w skali świata melancholijnej świni, którą można skosztować w sklepie mięsnym na stojąco. A w Warszawie królują sieciówki. Jasne, że nie odmówię sobie czasami kanapki Italian BMT z Subwaya, zwłaszcza jak uprzednio wypiłam parę drinków w pawilonach na Nowym Świecie. Ale chciałabym czegoś więcej. Sprawdziłam MG Eat (ul. Chmielna 32), która wygryzła zapyziałą miejscówkę z historią „Pod kaktusami”, gdzie na randki umawiał się mój dziadek. Ale nigdy już tam nie wrócę. Moja „mała” kanapka, oprócz 5 centymetrowego kawalątka pieczywa zawierała dwa cieniutkie plasterki jajka, 3 cm fragment bekonu i odrobinkę masełka. Do smaku zapewne. MG Eat to ściema roku. Podobnie blado wypadł Love Bagels (ul. Nowy Świat 50), który kusił mnie obietnicą nowojorskiej bułeczki z łososiem i kremowym serkiem philadelphia. Ale zimna buła i kanciapa z mikrofalą z którego pochodził ten twór, nie powaliły mnie na kolana. Oto lista sprawdzonych miejsc gdzie można szybko zagłuszyć uliczny głód. Znajcie moje dobre serce i pełen żołądek: Lodziarnia Limoni (ul. Nowy Świat 52) Wpadam tu na nietypowe śniadanie. Lody śmietankowe z płatkami owsianymi są lepsze niż porcja musli. Fanów nowych smaków ucieszy propozycja lodów buraczanych i piwnych. Giacomo Canteri z Verony, właściciel małej, acz eleganckiej lodziarni planuje w październiku poszerzenie asortymentu o włoskie wędliny, sery i wina oraz, uwaga, lody o smaku parmezanu, łososia czy sera pleśniowego. Nie omieszkam sprawdzić. Kawiarnia i piekarnia Vincent (ul. Nowy Świat 64) Położona na najbardziej obleganym trakcie turystycznym miasta kusi zarówno Amerykanów w podciągniętych szortach po pachy, jak i wyrafinowanych Francuzów. Mnie smakuje wytrawny croissancik z suszonymi pomidorami, szynką parmeńską i serem brie pomazany odpowiednią ilością pesto (14 zł). W sam raz na lunch w pośpiechu. Stand-up bar Małpi Biznes (ul. Marszałkowska 85) Poratować może nie tylko panów korzystających z usług pobliskiego pigalaka, ale też zemdlonych głodem przechodniów pobliskiej Rotundy PKO. Polecam koktajl Żółta Małpa i ciasto bananowe. Połowa kanapki kosztuje tu jedynie 3,5 zł. Fajnie, bezpretensjonalnie i niedrogo. Kawiarnia i piekarnia Monpero (ul. Puławska 24) Tu zaczynałam poranki, kiedy jeszcze byłam mieszkanką Mokotowa. Nim minęłam sąsiadów z dzielnicy, mknącego rowerem Maksa Cegielskiego za którym na wertepach podskakiwały blond główki jego dzieci w przyczepce czy Edytę Górniak w czarnych okularach o 8.30 rano tankowałam tu kalorię na cały dzień. Przy najbliższych odwiedzinach wpadnę tam na soczyste, migdałowe croissanty (8 zł). Delikatesy Braci Gessler (ul. Krakowskie Przedmieście 13) Rodzina Gesslerów zdominowała całą Warszawę. Co by o nich nie mówić, bracia znają się na kanapkach. Ta z pieczenią rzymską zawsze poprawia mi humor (5 zł). Kupując ją przez okienko, do którego wspiąć się trzeba po drewnianych schodkach, czuje się jak ósme dziecko z Bullerbyn. Kebab Efes (al. Niepodległości 80, ul. Francuska 1) Turecko-polskich wariacji kebaba jest mnóstwo, a wszechobecnej wersji z kiszoną kapustą jeszcze więcej. Na szczęście jest kebab bliski ideału i Bliskiego Wschodu. Po zawinięte w cienki pszenny placek lawasz kawałki aromatycznej baraniny, świeże pomidory i zieloną sałatę warto ustawić się w kolejce do zachlapanego sosami okienka na wynos. Cukiernia i restauracja Słodki Słony (ul. Mokotowska 45) Znam takie laski, które są w stanie przejechać pół miasta, kiedy je najdzie ochota na drożdżówki z kremem waniliowym od Pani Gessler. Angielskie określenie sweet teeth lepiej pasuje tu niż łasuch. Zęby bolą jedynie od cen. Juice bar Skok na sok (ul. Wąwozowa 28, ul. Nowy Świat 31) Kolorowy bar z sokami gdzie spotykają się szpanujące tabletami wylansowane 13latki. Szoty z trawy pszenicznej to jednak świetne antidotum na kaca, które należy popić sokiem Detoks (marchewka, jabłko, siemię lniane) i jest się świeżym jak młodo narodzony jeżyk na wiosnę. A wy? Macie swoje sprawdzone miejsca na nagły głód?


Zobacz także

POLECANE KSIĄŻKI