Jak smakuje Kraków?

Kozak dała mi papier i ołówek i powiedziała: „Pisz”. W Krakowie na śniadanie zjedz to, na obiad tamto, a na kolacje siamto. Kozak to nie jest kobiecinka, której można się sprzeciwić. Poza tym jest krakowską recydywistką i w niejednej tamtejszej knajpie zaliczyła zadyszkę z przejedzenia. Grzecznie więc na miejscu podążałam jej szlakiem z nadzieją na galicyjski smakowy wytrysk. Przed Wami zatem lista miejsc, gdzie w istocie udało mi się osiągnąć kulinarną rozkosz.
Zazie Bistro (ul. Józefa 34)
W drzwiach minęłam gości, którzy z rumieńcem na policzkach wymieniali się westchnieniami zachwytu. Jęczała też para minięta na schodach. – Grażyna! Boże, ta grasica! – tłumił swój okrzyk chłopak – w życiu czegoś tak dobrego nie jadłem!

reklama

Siadłam i rozejrzałam się, podczas gdy mój kuchcik ze zmarszczonym czołem wgryzał się w menu. Czerwona cegła, stoliki oddalone od siebie na tyle, by można było nawet rzucić wiąchą, parę drobiazgów, prosto i bezpretensjonalnie. Przemiłe panie kelnerki jęły odgadywać nasze potrzeby i zachwalać specjały Zazie, które brzmiały tak dobrze już z opisu, że zamówiliśmy więcej, niż by wypadało.

Zaczęliśmy od wyszeptanej przez chłopaka grasicy. Podano ją w sosie truflowym na linguine z pistou kolendrowo-miodowym (19 zł). Grasica to podstępny podrób (Makłowicz kiedyś pisał: „Gruczoły na stoły”), z reguły mimo licznych zabiegów i tortur, jakim jest poddawana, przypomina w konsystencji i smaku oponę samochodową. Ta z Zazie rozpływała się w ustach, była delikatna niczym mus otoczony delikatną, zwartą skórką. Trufle podbijały tylko jej wyjątkowy smak. Po tym daniu chciałam natychmiast poznać kucharza, który ją przyrządził, ale ponieważ siedziałam z moim kuchcikiem przy stole, pomyślałam, że mogłoby to zranić jego uczucia. Po grasicy rzuciliśmy się na ślimaki w muszlach z czosnkiem na masełku i białym winie (17 zł). Były dokładnie takie, jakich smak zapamiętałam z Paryża, gdzie osiadały na naszych żołądkach w kilogramowych ilościach. Potem był kozi ser zapiekany w szeleszczącym cieście filo podawany na konfiturze z cebuli (14 zł), kusząco słodko-słony, a tuż za nim pasztet paryski z ostrym chutneyem śliwkowym (14,5 zł) – w środku różowy i kremowy, z wierzchu delikatnie ścięty i oblany gęsim tłuszczem, miał wyrazisty smak wątróbki z brandy, prawdziwe parfait! To danie załatwiło mojego kuchcika, który przez sen mamrotał o nim, a nad ranem wciąż dywagował, jakim fortelem przy jego przyrządzaniu posłużył się kucharz. Po przystawkach byliśmy generalnie pozamiatani, ale już wjeżdżały główne dania i należało odszukać w sobie jeszcze nieco z zapasów apetytu. Przede mną zaróżowiły się krewetki pijane absyntem, wspierające się o grillowany czosnek, włoski koper i sos śmietankowy (18 zł), a przed kuchcikiem – cassoulet (38 zł), klasyczny francuski gulasz z zapiekaną białą fasolą, golonką, wędzonym boczkiem, ziołami, konfitowanym kaczym udkiem. Na deser zjedliśmy już na spółkę owoce leśne w brioszce. Omdlewaliśmy po tym wszystkim, głównie z wrażenia – przystępne ceny, gościnność, fenomenalny smak. Jeśli byłaby taka możliwość, mogłabym otworzyć franczyzę Zazie w Warszawie.

Miejsce Bar (ul. Estery 1)
Uratowało nam życie. Tu spożyliśmy odpowiednią ilość wina, by móc strawić francuskie przysmaki. O przemijaniu szybko przypomniał nam wystrój miejsca. Na odsłoniętych warstwach ścian można czytać historię Kazimierza, a meble przypominają o dziedzictwie polskiego designu. Te piękne rodzime fotele klubowe pewnie niejeden turysta miał ochotę zakosić pod kurtkę. My mieliśmy szansę poznać właścicieli: Bartka i Przemka, którzy oprócz baru prowadzą sklep – sanatorium dla starych mebli, które z czułością przywracają do życia w zgodzie ze współczesnymi trendami. Poza tym mają psa (trochę oszukanego terierka) o imieniu Agata na cześć twórczyni kryminałów A. Christie. Przeurocze trio!

Love Krove (ul. Józefa 8 )
Co zupełnie naturalne, jeśli spojrzeć na bieg wydarzeń – pojawiliśmy się tu na kacu. Miła pani ściszyła na moją prośbę muzykę… Zamówiliśmy regeneracyjne śniadanko w postaci burgerów: Alvaro (chorizo, rukola, ser, pomidor, majonez, sos tabasco – 16 zł) i George (bekon, guacamole, rukola, pomidor, ogórek, cebula, majonez, sos pomidorowy – 17 zł). To może nie klasyczne wydanie burgerów, bo w picie i na wykałaczce (pomagała utrzymać konstrukcję tej oszałamiającej porcji), ale mięso było wyśmienite – soczyste i o wyrazistym smaku wołowiny. Krove postawiło nas na nogi i dopiero wtedy zwróciliśmy uwagę, jak oryginalne wnętrze nas otacza. Ze ściany spoglądały na nas krowy z funky wymionami, pod sufitem obracało się wielkie „muuuu”, a pieprzniczka była zezowatą mućką. Tak!

Galeria tortów artystycznych (ul. Bożego Ciała 22)
Małe, różowe cacuszko. Damski buduar z tortami czekoladowymi. Spodziewalibyście się tu szczebioczących pensjonarek. Nic bardziej mylnego. Tu się żywią tatusiowie. Spotkałam ich paru. Instalują wózki ze śpiącymi bobasami za wielką lodówką, a potem rzucają się na gabloty ze słodkościami – to ja poproszę kawałek tego i owego, a do tego kawkę. Skusiłam się na ciekawe połączenie: czekoladowy tort z serem pleśniowym. Po przełknięciu jednego kęsa poczułam się na tyle abstrakcyjnie, że mogłabym już być po drugiej stronie lustra.

Cava cafe & wine (ul. Nadwiślańska 1)
Weekend w Krakowie dobiega końca. Mamy parę godzin do pociągu. Wiadomo, PKP z pewnością wywinie nam jakiś numer, dlatego sączymy whisky. Wokół całkiem przyjemnie. Mały lokal na Pogórzu tonie w ciemnościach, ciekawa tapeta, mimo nazwy nie ma cavy, ale jest prosecco i są patetyczne świeczniki. OK. Dopada nas mały głodek z przejedzenia i zamawiamy ślimaki po tajsku – z imbirem, szczypiorkiem, kolendrą i mleczkiem kokosowym. Ląduje przed nami jakaś breja. Ślimaki są nienaturalnie duże, co wprawia nas w lekkie zdumienie. Są obrzydliwe – czuję, jakbym żuła czarnoziem, w dodatku z galopująco rozwiniętą penicyliną. Grzecznie mówię do kelnera o poetyckim imieniu Jaromir: – Proszę powiedzieć w kuchni, że te ślimaki smakują nie tak, jak trzeba. Może spleśniały? Na co arogancki brunecik odpowiada: – Skoro zamówiłaś ślimaki w serze pleśniowym, to nic dziwnego – po czym chwyta talerz, odwraca się na pięcie i demonstracyjnie, tak abym widziała, zostawia go w okienku pomywaczki.

Próbuję zapić niesmak spleśniałych ślimaków, spoglądam na menu wypisane na tablicy nad barem. Są tu smaki tajskie, ale i włoskie, francuskie, hinduskie, japońskie. Zupełnie jak w przydrożnych barach specjalizujących się w kuchni wschodnio-zachodniej, we wszystkim i w niczym. Tutaj nie należy jadać ani narażać się na obcowanie z kelnerami czekającymi na przepustkę do kariery w reklamach.

PKP oczywiście ma dla nas złe wiadomości. Pociąg spóźni się o 40 minut. Lekki posmak goryczy na koniec i tak nie zepsuje naszego pobytu. Wrócimy tu na grasicę i na wiele więcej. Kraków to w końcu kulinarna stolica Polski.