Na czczo w miasto cz. 2

fot: 123 rf, Małgosia Minta

C.K. Oboźnia i Szwejk. Podają tam śniadania. Czy jadalne?|C.K. Oboźnia i Szwejk. Podają tam śniadania. Czy jadalne?
Myślałam, że to będzie słodka telenowela, ale wszystko wskazuje na to, że nasz projekt „Na czczo w miasto”, czyli próba zjedzenia śniadania w Warszawie, przypominać będzie raczej „Miasteczko Twin Peaks”. Na razie jest bowiem mroczno i tajemniczo. Nikt dobrego śniadania nie widział, trop się urywa, a rzeczywistość jest pełna niecnych występków, parszywych typów i zbrodni. Oczywiście na żołądku (patrzcie: poprzednia relacja na blogu Stareckiej i Minty). A rodacy nie lubią tajemnic. Gdy wolna Polska stawiała pierwsze kroki, w telewizji pokazywano serial Lyncha, a na czas emisji kolejnych odcinków wyludniała się cała Warszawa. Napięcie było tak duże, że ktoś w końcu nie wytrzymał i na murze stołecznego Służewca (tak, tak, tam gdzie później powstały legendarne graffiti, które zamalował Adidas) napisał wielkimi literami: „TO JA ZABIŁEM LAURĘ PALMER!”. Ja nie chciałabym zbyt długo i siebie, i czytelników trzymać w napięciu – chcę po prostu zjeść dobre śniadanie. Czy tym razem się udało? Z wiarą w sukces wybrałyśmy się z Mintą eksplorować kuchnię austro-węgierską. Dla kurażu zabrałyśmy ze sobą Kuchcika, bo jak wiadomo, seriale grozy ogląda się lepiej w obecności mężczyzny. C.K. Oboźnię (ul. Oboźna 9) zachwalała Małgosia. Podobno niezłe obiady, smacznie i niedrogo. Umówiliśmy się tam o 10 rano i mimo że lokal, jak sprawdziliśmy na stronie internetowej, miał być czynny od 9.00, odbiliśmy się od zamkniętych drzwi. Godzina spóźnienia to trochę dużo. Pojawił się na szczęście właściciel, zaprosił do stolika i nonszalancko rzucił nam gazetę do poczytania. Za pięć minut przyszła kelnerka, a dziesięć minut potem zjawił się kucharz. 10.15, pełna obsługa, mocno wygłodniali rzuciliśmy się na menu. Ja wybrałam C.K. Classic (9,90 zł), czyli omlet z trzech jaj serwowany z pieczywem, kiełbaskami, pomidorem i plackiem ziemniaczanym, Kuchcik – śniadanie Sachera (14,50 zł), czyli trzy kiełbaski wiedeńskie z wody z tostami z żółtym serem i pomidorami, a Minta – Austriackie (13,50 zł) w postaci puszystego omletu z trzech jaj z powidłami śliwkowymi i rodzynkami. Patrzyliśmy sobie głęboko w oczy przez następne pół godziny, pani kelnerka wyskoczyła po rodzynki do omletu Minty, a Kuchcik od czasu do czasu sapał: kawy i kiełbasy! Po prawie godzinie czekania, o 10.50, wjechały zamówienia. Kawę podawaną o poranku nazywa się tu śniadaniową – wierzcie, lepszą wypijecie na dworcu PKP. To jednak nic w porównaniu z jedzeniem zaserwowanym przez C.K. Oboźnię. Jedliście kiedyś odgrzany, przezroczysty, mrożony placek ziemniaczany? Nie? Może i dobrze, bo to danie tylko dla wielbicieli kulinarnych horrorów i paczkowanych ziemniakopodobnych wyrobów z dyskontów. Placek kipiał zimnym tłuszczem, miał dziwną strukturę i pachniał jak flądra smażona we Władysławowie, gdzie oleju nie zmienia się od paru sezonów. Tosty Kuchcika zaś smakowały jak utylizowana chlorowana makulatura – może dlatego, że zrobiono je z najtańszego białego pieczywa tostowego, a ser na nich nawet nie zdążył się zagrzać i rozpuścić. To był największy śniadaniowy horror w moim życiu! Co ciekawe, kucharz, który zaserwował nam tę przyjemność, był podobnego zdania. Nie pozwolił nam za nie zapłacić, tłumacząc się problemami z zaopatrzeniem. Rozumiem, że zdarzają się wyjątkowe sytuacje, ale tu złego było zbyt wiele: spóźnione otwarcie, długi czas oczekiwania, fatalne picie i jedzenie. Obawiam się, że ten serial nie będzie miał happy endu. Suche tosty, zimny ser, bieda! Niekwestionowana gwiazda śniadaniowej ściemy – mrożony placek ziemniaczany. Na poprawę humoru wybraliśmy się do Szwejka (pl. Konstytucji 1). Wiadomo, jadło dla stołecznych „drwali”, porcje świeże i duże. I znów było jak u Lyncha. Przez pierwsze 10 minut obsługa nas nie widziała, mimo że w lokalu było pięciu „drwali” na krzyż. W końcu udało się złożyć zamówienie. Wybrałam jajecznicę z suszonymi pomidorami, parmezanem i bazylią (16,90 zł), była smaczna, choć tłustawa. Na to samo skarżył się Kuchcik – jego kiełbaski norymberskie z grilla (9,90 zł) śmierdziały starym olejem i były zimne, a Minta z tych samych względów nie tknęła słodkich racuchów z miodem i cukrem pudrem (9,90 zł). Tym razem tylko ona nie zapłaciła… Słodkie racuchy U Szwejka podawane są z kompozycją sałaty z pomidorem. Zaskakujące połączenie. Jajecznica z suszonymi pomidorami, parmezanem i bazylią wygląda jak breja, ale nieco lepiej smakuje. Czy następnym razem wyjaśnimy zagadkę, gdzie w Warszawie podaje się dobre śniadania? Trzymajcie kciuki za nasze śledztwo. Przeczytajcie wersję Minty!

reklama