Podwójna randka vege


Asię Bylinkę znam z warsztatów z Hanką Samson. Asia to przeurocza śmieszka o przewiercającym człowieka na wylot spojrzeniu. Jest trenerką zdrowia – czyli doradza, co jeść, by lepiej żyć, a nawet wyleczyć się z różnych chorób. Sama jest veganką, bo jak mówi, w genach po przodkach „zbieraczach” odziedziczyła wstręt do mięsa. Mimo że należę do „myśliwych”, postanowiłam odkryć tajemnicę bezmięsnego szczęścia i wybrać się z nią do najbardziej znanych warszawskich restauracji wegetariańskich. Przy okazji przeżyłyśmy podwójną randkę, bo towarzyszyli nam chłopak Asi, Kuba, i mój Kuchcik. Biosfeera (al. Niepodległości 80) Przystawka Nazwę tej restauracji słyszałam już parę razy – głównie wypowiadaną natchnionym szeptem przez przesadnie dbające o linię wylansowane, vegańskie mamy, które umawiają się tam na ploteczki i piją cieniutkie koktajle, podczas gdy ich okrąglutkie latorośle drą się na pobliskim placu zabaw. Asia zapragnęła zjeść ziemniaki z wody. Kelnerka wyjaśniła, że ziemniaki nie mogą być z wody, bo są już z tłuszczem – interpretację tego komunikatu zostawiam Wam… Kasza gryczana nie miała tłuszczu, ale kazała na siebie czekać 40 minut. Widocznie w Biosfeerze naprawdę czas płynie wolniej, bo u mnie w domu kasza gotuje się najdłużej 15 minut. Asia zrezygnowała z zamawiania czegokolwiek i poprosiła o pusty talerz, by wyłożyć na niego przygotowane przez siebie warzywa w ziołach ugotowane na parze. Pozostali uczestnicy spotkania, nie tak restrykcyjnie podchodzący do diety, zamówili kolejno: Trzy smoki (kruche z wierzchu i miękkie w środku lekkie ruloniki z mąki ryżowej nadziewane warzywami, podane z sosem słodko-kwaśnym, który niestety smakował jak słodki, keczupopodobny wyrób – 26 zł), Włoską mafię (chlebek drożdżowy z oliwą z oliwek, ziołami, czosnkiem, zapiekany z chrupiącymi warzywami pod plastrami mozzarelli, tłusty i przyciężkawy – 24 zł) oraz Sekretniki (paszteciki z soczewicą, głównie o smaku surowego ciasta z minimalną ilością farszu – 26 zł). Z posiłku najbardziej zadowolona była Asia, reszta czuła lekkie zażenowanie z powodu wysokich cen przystawek oraz długiego czasu oczekiwania (30 min). Włoska mafia czyli chlebek drożdżowy serwowany w Biosfeerze Green Peas eco bar & coffee (ul. Szpitalna 5) Danie główne Lokal w pobliżu ulicy Chmielnej nie jest tak dopieszczony jak poprzednik. Wnętrza chłodne, oczywiście zielone i nieco stołówkowe. Asi udało się wreszcie zjeść coś gotowanego – ryż, który okazał się za słony. Ja, skuszona nazwą potrawy i żądna mięsa, zamówiłam Red Hot Chili Chicken, czyli ogromną tortillę z kurczakiem, pomidorami, papryką, marchewką i sosem chili (14 zł). W smaku przypominała coś, co w wyniku tanich eksperymentów kulinarnych jadałam u koleżanek w akademiku. Ale cena była również studencka, więc do nikogo pretensji nie miałam. Kuchcik wybrał naleśnik po góralsku – z oscypkiem i żurawiną (16 zł), a Kuba – naleśnik po hawajsku (również 16 zł). Kuba trochę narzekał na zbyt intensywny smak wędzonej szynki, która dominuje w spolszczonych „hawajach”. Naleśnik hawajski             Dania w Green Peas zamawia się przy barze Wymarzony ryż Asi Vege Miasto (ul. Chmielna 9a) Deser W schowanym na tyłach Chmielnej klubie mogliśmy zapomnieć o cichych i chłodnych wnętrzach poprzednich lokali. Gwarno tu i kolorowo, z zawrotną dawką ewidentnie niekontrolowanego szaleństwa. Ciężkie drewniane krzesła przywodzą na myśl średniowieczne tortury, na ścianach esy-floresy rodem z zajęć ZPT, a na szybach wibrują wzorami kwasowe witrażyki. Jak się dowiedzieliśmy, w weekendy kuchnia pracuje do 18, co tylko potwierdza wspomniane wcześniej szaleństwo… Udało nam się wyprosić lody w wersji vege. Smakowały mi szczególnie jabłkowe z jagodami goji. Podobało mi się też to, że w menu można znaleźć pełną listę składników. W drodze do kina czułam już melancholię z powodu pełnego i przymulonego węglowodanami żołądka i wyrzuty, które czyniło mi podniebienie. Vegańskich knajp jest w Warszawie jak na lekarstwo – odwiedzone przez nas flagowe i najbardziej znane serwują fair trade’owe, nieodgrzewane w mikrofali i bezglutaminowe jedzenie, ale niestety na miernym poziomie. Nasza wycieczka potwierdziła – jak się okazuje, słuszne – obiegowe opinie o miejscówkach vege w Warszawie: że bez smaku, mulasto i jak na taką jakość, zdecydowanie za drogo. A przecież może być smacznie! Moje, własnoręcznie przyrządzane w domu zielone curry z okrą jest absolutnie genialne! Jeśli ktoś ma ochotę zainwestować w vegańską kuchnię w stolicy – służę przepisem. fot. Kuba Hajduk

reklama