Starecka śni o hamburgerach. Konkurs!

123 rf

Symbol fast foodu? Pozornie. Jeśli trafimy na zestaw wysokiej jakości składników: sezonowanej wołowiny, dobrego pieczywa i warzyw z lokalnego rynku, może być daniem prawdziwie slowfoodowym.|Symbol fast foodu? Pozornie. Jeśli trafimy na zestaw wysokiej jakości składników: sezonowanej wołowiny, dobrego pieczywa i warzyw z lokalnego rynku, może być daniem prawdziwie slowfoodowym.
Moje pierwsze wspomnienie bułki z kotletem. Mam 11 lat. Ojciec zabiera mnie na sylwestra do Zakopanego. Ze stolicy jedziemy tam taksówką – typowa dla ojca rozrzutność. Na miejscu mam poznać moją macochę (Szkotkę) i przyrodnią siostrę (pół Szkotkę i pół Polkę ma się rozumieć). Jakiś szalony pomysł. Konfrontacja jest trudna. Siostra ma dwa lata i przez cały czas mamle w buzi różowego, pluszowego zająca. Gdy starzy wychodzą na sylwestrową imprezę, a Holly zasypia, zostaje sama w pokoju ekskluzywnego jak na tamte czasy hotelu Kasprowy. Już wtedy doskonale wiem, że na smuteczek najlepsze jest dobre jedzenie. Postanawiam zamówić hamburgera. Takiego, jakiego widziałam w amerykańskich filmach – pachnącą, wielką kanapkę z kotletem, cebulą, pomidorem, żółtym serem i najlepiej jeszcze porcją frytek obok. Chwytam za telefon i dzwonię do hotelowej restauracji. – Dobry wieczór, poproszę hamburgera z frytkami i colą do pokoju 116 –  obniżam głos, by wypaść jak najpoważniej. Wydaje mi się bowiem, że w Kasprowym mogliby zignorować prośbę jedenastolatki, zwłaszcza w sylwestrową noc. Za 20 minut pojawia się kelner pchający na wózku moje zamówienie. Jakież jest moje rozczarowanie, kiedy okazuje się, że w Kasprowym nie wiedzą, jak wygląda amerykański hamburger! Na talerzu leży wielki kotlet, ale… bez bułki! Otacza go za to gęsta kępa sałatki z czerwonej kapusty o smaku octu, obok piętrzy się stos tłustych frytek. Czuję się oszukana i zawiedziona. To uczucie zresztą ma mi jeszcze nieraz towarzyszyć,  zarówno w hotelach, jak i restauracjach. Od tamtej pory Starecka szuka hamburgera idealnego. Zarówno w barach szybkiej obsługi, jak i w luksusowych restauracjach. Pod tym względem hamburger – wnuk befsztyka po hambursku, który do Ameryki przywędrował z niemieckimi emigrantami – jest i pozostanie daniem dla wszystkich. Nie jestem fanką jedzenia w konwencji, jaką proponuje T.G.I. Friday’s, SomePlace Else, Champions czy Hard Rock Cafe. Czuję się w nich anonimowo jak w hipermarkecie, wykorzystana jak tryb w konsumpcyjnej maszynie,  choć serwowane przez nich kanapki są poprawne i mają swoich zagorzałych wielbicieli. Wolę skromniejsze inicjatywy, w których czuć kulinarne zacięcie właścicieli. Przez moment wydawało mi się, że Frida położona na turystycznym trakcie, jakim jest Nowy Świat, mimo wszystko ma potencjał uczciwej hamburgerodajni. Jednak pozostałe propozycje w menu są kiepskie, drinki zawrotnie drogie, obsługa zajęta sobą, a pani manager zarzyna restaurację, hołdując PRL-owskiej zasadzie, że to klienci są dla nas, a nie my dla klientów. To przykład lokali, o których opowiadał Robert Trzópek (Tamka 43) na konferencji przy okazji Food Film Festu – Polskę czeka mentalna rewolucja kulinarna i restauratorzy będą musieli pojąć, że coraz bardziej świadomi konsumenci zaczną omijać miejsca nastawione na biznes tanim kosztem, a wybierać te, w których dba się o obsługę klienta, jakość składników, innowacje. Dlatego też na mojej liście znajdują się jedynie dwa miejsca godne polecenia: Pink Flamingo, ul. Lirowa 42 (Park Szczęśliwicki) – amerykański diner wyrwany z mięsem prosto z musicalu „Grease”. Tu swój teledysk, nie bez przyczyny zresztą, nakręcił Shakin’ Dudi. W powietrzu czuć obecność Elvisa Presleya i zapach kurzu legendarnej Route 66. Atutem jest dopracowane w najmniejszych szczegółach wnętrze. Takie plastikowe, różowe flamingi, które wylądowały na dachu knajpy, widziałam w Kalifornii. Bardzo chciałam je przywieźć ze sobą i ustawić na balkonie, ale nie zmieściły mi się do walizki… Polecam klasyki: Barbecue Cheeseburger (26 zł) z boczkiem, serem cheddar, sałatą, pomidorem, cebulą i sosem domowym, BBq i Egg & Onion Burger (30 zł) z jajkiem sadzonym, grillowaną cebulą, sałatą, pomidorem i majonezem. W karcie znajdziecie jeszcze inne wariacje na temat burgerów oraz specjały kuchni Tex-Mex. American dream! Prosta Historia, ul. Francuska 24 – tu oprócz hamburgera można upolować któregoś z przystojnych, niedzielnych tatusiów przechadzających się ze swoimi pociechami po głównym hywayu Saskiej Kępy. Właścicielki tego miejsca stawiają na prostotę. Składniki hamburgera są lokalne i świeże. Żadnych wynalazków z krajów globalnego południa ani chemicznych turbodoładowań. Idealne zarówno na koleżeńskie posiadówy, jak i niedzielne samotne leczenie kaca przy „Wysokich Obcasach”. Surowe wnętrze nie rozprasza uwagi, którą powinniśmy skoncentrować na talerzu, szczególnie jeśli spoczywa na nim Royal Burger (35 zł). Uwaga, konkurs! Do wygrania dwa vouchery o wartości 150 zł do Pink Flamingo i Prostej Historii!!! Wystarczy odpowiedzieć na pytanie: Jakie jest Twoje pierwsze wspomnienie z hamburgerem? Odpowiedzi należy przesyłać na adres konkurs.portal@zwierciadlo.pl. Autorzy najciekawszych, najbardziej wzruszających lub zabawnych odpowiedzi otrzymają zaproszenie na hamburgerową ucztę! Na Wasze odpowiedzi czekamy do środy, 9.11.

reklama