Szok! Starecka gotuje!

Co roku pod choinkę Kuchcik dostaje książki kucharskie i dzielnie ustawia je w rządku na kuchennym parapecie. Ponieważ okna już się nie otwierają, pomyślałam, że czas przerwać tę tradycję i chociaż raz Jamiego Olivera zastąpić czymś niekulinarnym.
Miałam już perfumy, szukałam jeszcze czegoś do kompletu, np. czapki. Był już 23 grudnia, a ja wciąż jej nie znalazłam. W końcu spanikowana zadzwoniłam do Angie:– No, to jakiś koszmar jest – przyznała. – Ja spędziłam na lataniu za prezentem dla Szymka pięć godzin. Powstrzymałam wszystkie potrzeby fizjologiczne, by upolować coś fajnego, ale chyba to mam.

reklama

– Ooo! – zawyłam z zazdrością. – Co to jest? Może też kupię?

– Kuchcikowi na pewno się spodoba, bo to… książka kucharska – z przekonaniem powiedziała Angie. – Naprawdę pięknie wydana „Kuchnia polska – potrawy regionalne” Hanny Szymanderskiej.

– Masz ci los, on ma już tyle książek kucharskich – zmartwiłam się – ale nie mam wyjścia, lecę sprawdzić. Rzuciłam słuchawkę i pobiegłam do najbliższej księgarni, pod kurtką mając tylko piżamę.

Faktycznie, wydawnictwo było imponujące i bardzo ciekawe. W opasłym tomie zebrano specjały z Pomorza i Kaszub, Warmii i Mazur, Wielkopolski, Kujaw, Kurpi, Mazowsza, Podlasia i Lubelszczyzny, Małopolski, Śląska, gór i Kresów. Były tam np. gapia zupa, moskole czy półgęsek. Do tego zadbano o piękne zdjęcia i papier – powstała rzecz wyróżniająca się jakością wśród polskich, dość siermiężnych zazwyczaj, kulinarnych publikacji. Wzięłam tomisko pod pachę i w imię miłości odstałam 40 minut w kolejce do kasy.

Opłaciło się. Kuchcik docenił moje starania i powiedział: – Przejrzyj, kochanie, i zaznacz, co byś chciała z tego zjeść.

„Jejku, ale on jest cudowny” – pomyślałam. „Muszę mu się kiedyś zrewanżować i specjalnie dla niego coś ugotować, coś więcej niż tartinki”.
– Kochanie, nie możesz – przypomniała mi się surowa mina Haneczki, kiedy jej wyznałam, że mam ochotę postać przy garach, jak za starych czasów – to zrujnowałoby twój wizerunek! Przecież ty nie gotujesz, tylko jesz! Jeszcze ktoś by cię zobaczył!!! – ostrzegła, po czym wybuchłyśmy gromkim śmiechem.

Szok! Starecka gotuje! Tam mogło być dziecko! – zobaczyłam nagłówki, jakie napisaliby moi koledzy z redakcji, używając swojej ulubionej retoryki „Faktu”.

Postanowiłam jednak zaryzykować i nucąc pod nosem fragment piosenki Marii Peszek: „Chcę być twoją kurką, niedzielnym obiadkiem, kuchennym fartuszkiem, twoim cackiem z dziurką”, sięgnęłam po książeczki przeznaczone dla takich kulinarnych analfabetów jak ja, czyli „Gotowanie krok po kroku” (Wydawnictwo RM, Warszawa 2010). Ich przewaga nad innymi książkami kucharskimi rzuca się w oczy od razu: każdą z proponowanych potraw sfotografowano w kolejnych etapach przygotowania, a także przed przyrządzeniem, by pokazać na obrazkach wszystkie składniki. Serię „Gotowanie krok po kroku” pokochają zarówno nieznoszący czytać niecierpliwcy, jak i amatorzy stawiający pierwsze kroki w gotowaniu, a także esteci ceniący oryginalne pomysły na zdjęcia.

Zaczęłam od zupy. W lodówce znalazłam dynię, prezent od dziadków Kuchcika, którzy mimo sędziwego wieku jeżdżą na działkę i z pasją godną największych eksperymentatorów krzyżują gatunki, uzyskując nieco pokraczne, ale niezwykle smaczne i pachnące warzywa. Trochę chciałam obejść przepis na zupę dyniową Kedy Black, autorki „Gotowanie krok po kroku – klasyczne przepisy”, i pominąć pieczenie dyni, ale okazało się, że jej porąbanie i oddzielenie od skórki wymaga siły He-Mana i „mocy posępnego czerepu”, więc zrezygnowana włączyłam piekarnik. Faktycznie, po 30 minutach miąższ odchodził miękko jak w awokado. Resztę przepisu potraktowałam jednak jako inspirację. Kto to widział dodawać do samej w sobie aromatycznej dyni kostki rosołowe? Zamiast nich do garnka wrzuciłam czosnek, imbir, cebulę i podsmażyłam je z marchewką. Następnie dodałam dyniową papkę po czym zalałam wszystko wodą. Dusiło się to około pół godziny pod pokrywką, a kiedy już się dobrze rozgotowało, zmiksowałam całość – dodałam jeszcze sok z pomarańczy i odrobinę chili. Pyszną, gęstą, rozgrzewającą zupę udekorowałam kleksem śmietany i liśćmi kolendry.

Na drugie wybrałam risotto. Lubię je ze względu na dowolne ilości wina, z którego wreszcie nikt nie rozlicza. Zgodnie ze wskazówkami w rondelku z masłem podsmażyłam czosnek, warzywa (zielony groszek, marchewkę i cukinię), po chwili dodałam ryż arborio. Kiedy ten przeszedł już smakiem i zrobił się szklisty, wlałam białe wino i mieszając, myślałam, co na to wszystko powie Kuchcik… Potem dolewałam bulionu (rosół znaleziony w lodowce), pogotowałam jeszcze kilka minut i wymieszałam z płatkami parmezanu i zimnym masłem.

Deseru już nie zdążyłam zrobić – zostawiam to na nowy rok. W książce Marianne Magnier-Moreno „Gotowanie krok po kroku – ciastka i desery” wypatrzyłam już smakowicie wyglądające magdalenki… Przy okazji należy dodać, że ta publikacja jest wyjątkowo wyczerpująca i przemyślana. Co ważne, uczy podstaw, dzięki którym stworzycie najbardziej fantazyjne wariacje. Będzie świetnym wstępem dla wszystkich początkujących cukierników – poznacie dzięki niej deserowe klasyki, takie jak kremy angielskie, cytrynowe, migdałowe, czekoladowy ganasz, panna cottę, tiramisu, ciasta typu brownie, piernik, marmurek, ptyś, wszelkiej maści ciasteczka, a nawet własnoręcznie zrobicie ciasto francuskie!


Z okazji nowego roku życzę wam i sobie wyłącznie miłych niespodzianek, nie tylko kulinarnych! Niech rok 2012 będzie dla nas łaskawy i karmi nas samymi smakołykami! Już ja się o to postaram.