Warszawa w pięciu smakach

O kuchni azjatyckiej opowiada się dowcipy, śmieje z akcentów miłych przybyszów z dalekich krajów, a nawet czasami nieco obawia (kto wie, co tam do gara wrzucili). Ale to jej jako pierwszej w kolejności osiedlenia zawdzięczamy nieco egzotyki na naszym talerzu. Jest smaczna, popularna i tania. Dzisiaj moja warszawska lista azjatyckich przebojów.
Pamiętacie pierwsze budy z „chińczykiem” na Placu Konstytucji? Cała Warszawa tu zjeżdżała po wiadra sajgonek, aż pierwszy rząd w kolejce, jak głosiła plotka, padł na półpaśca. Potem chodziło się do małej budki na Placu Bankowym po kurczaka w cieście kokosowym i cielęcinę w pięciu smakach. „Chińczyki” przez lata trzymały się mocno, aż przyszedł moment, gdy słodko kwaśne sosy o fluorescencyjnych kolorach zatrzęsły się w strachu o swój los. Na Stadionie X-lecia wyrosło małe Hanoi. Sympatyków tego historycznego miejsca, w którym przeżyć można było zarówno szokujące dla podniebienia (soczki-galaretki, świńska macica) jak i ekstatyczne przeżycia (zupa pho!), spotkać dziś można na Chmielnej. Pho Toan (ul. Chmielna 5/7) Uwielbiam zapach octu, który unosi się w tym kiszkowatym lokalu o opryskanych bulionem ścianach oraz ekstrawaganckie fryzury, które z godnym podziwu zacięciem wypróbowuje na sobie męska część obsługi za barem. Wracam tu na dwa ulubione dania: Bun Bo Nam Bo – wietnamska sałatka z makaronem ryżowym, smażoną wołowiną, miętą, persicarią, kolendrą, dymką, prażoną cebulką i orzechami ziemnymi zanurzona w ciepłym bulionie (16 zł). Banh Cuon Gio Cha – naleśniki ryżowe z grzybami mun, wieprzowiną, cebulką, sosem rybnym, dość niepokojącą w konsystencji cynamonową szynką wietnamską gotowaną w liściach bananowca, miętą, persicarią, kolendrą, bazylią cynamonową i dymką (15 zł). Co Tu (ul. Nowy Świat 26/28, pawilon 21) W pawilonach spotykają się wszyscy – policjanci wcinający zawartość gorących półmisków, studentki nieśmiało zerkające znad banana w cieście na pracującego tu, zawsze uśmiechniętego ziomala o twarzy bobasa, białe kołnierzyki brodzące w półmisku z rybą w cieście. Zupa Won Ton – najtańszy sposób na kaca. Wspaniałe pierożki i plastry kurczaka w stawiającym na nogi bulionie (5 zł). Wołowina z prażonym sezamem – słodkawa, lepka, ekstatyczna ciągutka (18 zł). Nam Sajgon (ul Bracka 18) Bar ulokowany na tyłach Smyka, a obok Między Nami popisuje się hasłem w ulotce: „Dalekowschodni standard obsługi” – zawsze się zastanawiam jaką relację ma ten standard z tymi spalonymi na solarium paniami z obsługi. Michał twierdzi, że w Sajgonie są najlepsze sajgonki w mieście, dlatego spacerkiem zachodzi tu aż ze swego Górnego Mokotowa. Ja wolę sajgonki na zimno z krewetkami, makaronem sojowym i sałatą, które można maczać w pysznym sosiku z orzeszków ziemnych (10 zł). Ta grillowana kaczuszka nie raz poprawiała mi humor w listopadowe ciemne popołudnia. Podają ją wraz z zupą z bambusa o specyficznym zetlałym posmaku (19 zł). Chińska Pierogarnia (ul. Niekłańska 33/11) Nie trafiłabym tu gdyby nie magazyn Smak, który najwyraźniej ma całkiem nieźle zorientowane na Saską Kępę źródło informacji. Mały lokalik w pawilonach z blachy falistej specjalizuje się w moich ulubionych pierożkach Dim Sum – wciąż rzadkości w warszawskich lokalach. Chińska Pierogarnia dostaje ode mnie kredyt zaufania (patrz zdjęcie tych dwóch przemiły chłopców), którego mam nadzieję nie nadwyręży. Pierożki mają wspaniałe nadzienie, ale ciasto jest za grube i nieco zeschnięte na krawędziach. Pierogi z mięsem (wieprzowym lub wołowym) , porcja 10 sztuk (12 zł). Pikantna sałatka Kim Chi (5 zł) + zupa Won Ton (7 zł) . Fot. Basia Starecka

reklama